Zad, głowa, brud. Australijska aklimatyzacja

Gdzieś na wyblakłym, żółto – złotym krajobrazie ciągnących się po horyzont łąk stuknął nam tysięczny kilometr. Miała być huczna celebracja, wyciągnięcie z dna sakwy jakiegoś smacznego rarytasu. No więc obserwowałem licznik i gdy zamienił się w czterocyfrowy przystanąłem. Cholera, na nic nie mięliśmy w tym momencie ochoty. W sekundę obleciała nas setka much. Popołudniowe słońce wytapiało z nas chęci na cokolwiek. No i cuchnęło. Gdzieś kilkadziesiąt metrów z tyłu na poboczu asfaltu smażyło się truchło świeżo rozjechanego kangura. Przybiliśmy piątki, łyk wody i w drogę. Tego dnia mieliśmy przed sobą jeszcze sporo kilometrów. No więc minął nam tysięczny kilometr.

Zobacz post Zad, głowa, brud. Australijska aklimatyzacja na blogu autora
Udostępnij

O autorze