Porwany włoch – poznaj historię o której cicho w międzynarodowych media

DSC_0646Wybuch na lotniksu Ataturk, zamach w Orlando, postrzelona w Leeds, zabójstwa honorowe. Od wielu miesięcy media skwierczą od informacji o katastroficznych sytuacjach. Ty przeklinasz pod nosem, poczym wyłączasz telewizor i na tym się kończy. Jesteś bezpieczny – przecież to dzieje sie tam, daleko. Mieszkańcy miasteczka Monterosso (włoska riwiera) również „nigdy nie spodziewaliby się, że to moze ich dotknąć. A jednak.
Gino pracował na kontrakcie w Libii. Jego żona i córka przebywały w Monterosso, podczas gdy on wyjeżdzał na pare miesięcy, poczym wracał by cieszyć się paroma tygodniami z rodziną. Rozłąki były częścią ich życia jednak nic nie mogło ich przygotować  na rozłąke której towarzyszy niepewność o życie. Ema (żona) nie otrzymała od Gino telefonu od trzech miesięcy. Brak wieści zastępowały męczące domysły. Co się dzieje? Czy on żyje? Rozmyła się granica pomiędzy nadzieją a rozpaczą.
Pewnego ranka burmistrz miasteczka odbiera telefon. „Jeden z mieszkanców Pana miasta jest przetrzymywany przez islamskich ekstremistów razem z trzema innymi włochami. Proszę o powiadomienie rodziny”. Gino żył! Kamień spadl z serca Emmie, jej dzieciom i mieszkańcom miasteczka, którzy również głęboko przeżywali rozgrywająca się tragedie.
Od telefonu minęły cztery długie miesiące. Dwóch zakladników zostaje zamordowanych. Dwóch ucieka. Gino udaje sie powrócic do rodzinnego miasta. Czekającej pod jego domem chmarze fotoreporterów odpowiada zwięźle. Jest opanowany, ale jego oczy wyrażają tragizm ostatnich miesięcy. Pragnie spokoju. Skupia się na rodzinie. Razem próbują odkupić czas rozłąki.
Ja przyjeżdżam do Monterosso pare miesięcy po powrocie Gino. Na ścianach budynków rozwieszkone są skrawki materiału z napisami „witaj w domu Gino”, „witamy Cie” itp. Zauważam grupkę osób układających stoły, przynoszących szkliwo. Zaciekawiona sytuacją pytam co się tu szykuje. Dwóch wysokich mężczyzn z winem w dłoniach odpowiadają mi jak gdyby kończąc swoje zdania „Gino wraca, robimy mu przyjęcie niespodzianke.” Pani w czapce i fartuchu w kolorach włoskiej flagi zajmuje się jedzeniem. Krzyczy do mnie „To dla Gino!”. Potem dochodzi do mnie inna grupka tamtejszych i tłumaczą mi, że Gino mieszka w drugiej – nowej części Monterosso, dlatego niczego sie nie domyśla. Planują to od dawna. Burmistrz zaproponował. Chcesz go poznac? Chwile potem jestem przedstawiana burmistrzowi miasta. Jest tam jeden taki meżczyzna z tych których znają wszyscy w mieścinie. Bierze mnie co jakiś czas pod rękę i doprowadza do ludzi, mówiąc, że jestem dziennikarką. Próbóje wytłumaczyć, że poprostu lubię robić zdję… To dziennikarka z Polski! Powtarza. Usiądz z nami. Proszę, poczęstuj się. Nawet nie patrzą na mnie dziwnie kiedy na pizze polożyłam lasagne. Potem jeszcze różne rodzaje ciast, wino czerwone i wino z jablek na trawienie. „To tylko taka nasza wymówka, żeby napić się wiecej” mówi wpatrzony we mnie włoch. „Śmiejesz się oczami (…)”
Bylam tam zaledwie dwadzieścia minut, a dorobiłam się rodziny i amanta. Dammit gal. Nie żebym była wyjątkowa. To Ci ludzie byli ponadprzeciętnie gościnni i kochani. Kiedy Gino zawitał w nasze grono, trudno było się do niego dostać. „Jestem tu teraz takim celebrytą” smiał się.  Mówił, że ludzie zaczepiają go na ulicy. Mówią, że bardzo się martwili i cieszą się z jego powrotu. Nie pamiętam wiele więcej z naszej rozmowy. Wino działało, i całe zajście bardzo mnie wzruszyło.
Nie opowiadam tej historii żeby wzbudzić strach, że oto powinniśmy przestać prowadzić nasze życia i zamknąć się w pokoju na dziesięć kłódek. Wiem też, że żadna osoba z osobna nie jest w stanie wyplewić patologicznych zachowań ze społeczeństwa (np. takich jakich ofiarom padł Gino).  Każdy jednak może pracować nad sobą. Każdy może upewnić się, że osoby z jego otoczenia czują się kochane i rozumiane. Zapominamy co to znaczy być człowiekiem. Mordujemy się nawzajem w imie religii, w imie państwa. Dopuszczamy się nieludzkich zbrodni w imię tego w co wierzymy, na tych którzy wierzą inaczej. Jak długo będziemy jeszcze kultywować podziały pomiędzy ludźmi? Ile osób musi zginąć, ile budynków spłonąć żebyśmy pojęli, że jedyne co się liczy to jedność. Hindus, chrzescijanin, prawosławny, mormon, muzułmanin czy czciciele niebieskiego nosorożca w spodenkach. Dajmy innym miejsce na ich poglądy. Wszyscy i tak pragniemy tego samego.

GALERIA ZDJĘĆ NA BLOGU

Zobacz post Porwany włoch – poznaj historię o której cicho w międzynarodowych media na blogu autora
Udostępnij

O autorze

Emilia. 23 lata. Zakochana. Miejsce zamieszkania: przy plaży w Chile. Właścicielka trzech, włochatych niedźwiedzi, które miały być psami. Studiowałam filologię angielską w Krakowie - więcej wyniosłam z pracy w Londynie. Teraz uczę się chilijskiej wersji hiszpańskiego, której za cholerę nie rozumieją w Hiszpanii, po. Kocham pisać i jara mnie życie. W przyszłości chcę wydać książkę, którą przeczyta ktoś poza moimi rodzicami.