Wolno, wolniej, Volterra

Volterra to jedna z tych urokliwych mieścin, na które przeznacza się zwykle 1-2 dni ze swojego urlopu, a potem całymi latami marzy o tym, by osiedlić się w niej na emeryturze. Zważywszy, że bawię tu już okrągły tydzień, miejscowi niebawem zaczną pewnie zachodzić w głowę, czy jeszcze można mnie zaliczyć do grona zasiedziałych turystów czy może raczej do uciekinierów szukających schronienia przed światem, bo na emeryta – jak sądzę – jeszcze nie wyglądam.

Takie zasiedzenie dostarcza idealnych wprost warunków do prowadzenia obserwacji. Zauważyłem chociażby, że bez względu na to, o której godzinie zamierzam wstać z łóżka, i tak mój dzień rozpocznie się o szóstej rano, gdy ze snu wyrwie mnie brzęk pustych butelek wywożonych codziennie z pobliskich lokali. Hałas, jaki przy tym powstaje, pozwala z całą pewnością stwierdzić, że nikt tam nie cacka się zbytnio przy robocie. Na szczęście po kwadransie na jakiś czas z powrotem zapada cisza.

Większość knajpek w mieście otworzy swe podwoje dopiero około południa. Właścicielem, a zarazem kelnerem i dobrym duchem trattorii znajdującej się naprzeciwko mojego hotelu jest Massimo. Na pierwszy rzut oka widać, że wszędzie go pełno. Dogląda gości, obsługuje kasę, biega z kieliszkami, a w wolnych chwilach przesiaduje na schodach, obserwując przechodniów i plotkując z sąsiadami. Menu w jego knajpce zmienia się z dnia na dzień, ale smak potraw pozostaje na niezmiennie wysokim poziomie. Fakt, że karafka całkiem dobrego wina kosztuje w jego lokalu zaledwie 3 euro, to jeszcze jeden powód, dla którego mógłbym tam zaglądać codziennie. Pewnego razu Massimo, widząc mnie przy doszczętnie opróżnionym talerzu, podchodzi i pyta po angielsku, czy może zaoferować espresso. Ależ ja już piję espresso – odpowiadam zdziwiony, pokazując na niewielką filiżankę przede mną. Tak, ale niech to będzie prezent od firmy – tłumaczy Massimo. Czy to już przywilej stałego klienta?
Zobacz post Wolno, wolniej, Volterra na blogu autora
Udostępnij

O autorze

Pisanie zazwyczaj przychodzi mi łatwiej niż mówienie, dlatego powstanie "Europa Bistro" było naturalną konsekwencją tego faktu. Moją odwieczną przypadłością jest chroniczna nieumiejętność przebywania zbyt długo w jednym miejscu. Jeśli co najmniej raz na kilka tygodni choć na moment nie zmienię widoku za oknem, "dostaję wysypki". Sądzę, że stoi za tym jakiś quasi-narkotyczny głód – nowych miejsc, nowych ludzi i nowych wrażeń.