W-jogo-wzięta

I oto jestem w nowym miejscu. Po 5 tygodniach pożegnałam głośne, brudne i zanieczyszczone Palermo, wsiadam na pokład samolotu i pojawiłam się tu, na północy Włoch. W małej, gęstej dżungli, z bambusowymi drzewami, skorpionami, które przychodzą w odwiedziny do naszych pokoi, jaszczurkami szeleszczącymi w trawie, organicznym jedzeniem na kuchennym stole, z basenem na tarasie, z dwoma pawilonami do ćwiczeń, sauną i chatką do masażu…czyli w centrum jogi i nie tylko. Centrum jest duże, może ugościć ponad 60 gości w tym samym czasie i wygląda tak:

My z kolei, wolontariusze all around the word, mieszkamy w Bizetti, 200letnim domku, 10 minut dalej od Centrum d’Ompio ( na zdjęciu poniżej). Na ten moment jest nas około 10. Ja dzielę pokój z dziewczyną z Polski! (Cudownie jest w końcu porozmawiać z kimś w swoim języku!) Są również wolontariusze z USA, Izreala, Australii, Finlandii i Estonii. Czuję się trochę, jakbym była na obozie gdzieś w środku lasu, ponieważ nasza wspólna kuchnia, prysznice i kibelki są na zewnątrz (więcej zdjęć Bizetti wkrótce na profili na fb: Magdalena Vagabonda).

20160417_104053~2

Żeby wszystko było pod kontrolą i nic nam nie umknęło, mamy rozpisany grafik, bo  pracy jest sporo. W lesie, w kuchni przy zmywaku, przy przygotowywaniu posiłków, oczywiście jest sporo sprzątania części wspólnych i pokoi gościnnych. Moim ulubionym zajęciem jest praca w biurze przy check-inowaniu gościu. Jako jedyna wolontariuszka pomagam właśnie tam. Mam swoje biurko. I komputer, którego używam do tworzenia list gości i kart członkowskich. Lubię też podpatrywać pracę szefów kuchni. Póki co miałam tylko jeden dyżur, gdzie pomagałam szykować kolację (risotto, zapiekane cukinie i bakłażany z miętą), ale liczę na to, że jeszcze się tam pojawię. Generalnie, poznanie pracy w kuchni “od kuchni”, a także funkcjonowanie takiego środka od strony menadżerskiej uważam za bardzo ciekawe. Wiem, że gdybym tu mogła zostać dłużej, zaproponowano by mi pracę w biurz-głównie dlatego, że znam już na tyle włoski, aby wyjaśnić gościom, gdzie jest kuchnia, o której jest kolacja itd… Ja jednak za 4 tygodnie muszę pojawić się w nowym miejscu… W każdym razie… W taki właśnie sposób znalazł tu pracę wolontariusz z Irlandii, który pojawił się w centrum rok temu, a teraz jest pełnoetatowym pracownikiem tego miejsca. Takie sytuacje wolontariuszom zdarzają się chyba dość często, ponieważ dochodzą do mnie słuchy z różnych stron o propozycjach pracy dla nich. Na przykład wolontariuszka, którą poznałam w Wenecji, miała zostać menadżerem w jednym z dwóch hosteli tamtejszego hosta. Nie wiem czy coś z tego wyszło, ale jeśli wolontariusz angażuje się w wykonywaną pracę, a swojego wolontariatu nie traktuje jak wakacji, to myślę, że wcześniej lub później pojawi się jakaś okazja do zarobienia pieniędzy. Również host z Palermo, któremu pomagałam, rok temu płacił wolontariuszce za pracę. A nam, wolontariuszom, każdy pieniądz się przyda. Właśnie teraz bije się z myślami jedna wolontariusza z Ameryki Południowej, która w podróży jest już ponad 3 lata. Rzuciła pracę w biurze w Argentynie i zaczęła podróżować. Obecnie ma tylko 100 euro i mało czasu, aby coś więcej zarobić, ponieważ za 2 miesiące musi opuścić Strefę Schengen. Jest też w specyficznym momencie,kiedy to podróżowanie nie jest dla niej już tak ekscytujące, jak na początku. Mówi, że potrzebuje teraz swojego nowego domu, większej stabilizacji i pracy za pieniądze. Zobaczymy, jaką decyzję podejmnie. Może czas na nią i jej powrót do Argentyny?

Tekst: Magdalenainprogress

Zobacz post W-jogo-wzięta na blogu autora
Udostępnij

O autorze

Po korporacyjnych męczarniach, po byciu cyferką w pliku excelowskim, po mobbingu i po utracie pracy... Po tym wszystkim wiedziałam co mam robić. Spakować się, wyjechać i zacząć żyć w końcu swoim życiem. https://www.youtube.com/watch?v=lu1V_x1csfU

Could create table version :No database selected