Turcja w styczniu

Czy warto jechać do Turcji w styczniu?

Wybraliśmy się na Riwierę Turecką w drugiej połowie stycznia, na tydzień. Tym razem całość wykupiona w biurze podróży ze względu na niewysoką cenę, raczej nieosiągalną przy organizacji identycznego wyjazdu na własną rękę. Przed podróżą kupiłam przez internet wizy za 20 USD/os. zabierając ze sobą wydruk. Wizę można kupić również w Turcji na lotnisku ale wtedy koszt wynosi 30 USD/os. Po przylocie do Antalji okazało się, że wydruk wizy nie jest potrzebny, wszystko już mieli w komputerze. Mimo to lepiej mieć przy sobie wersję papierową.

Hotel

Wybrałam położony przy plaży 4* hotel „Limak Arcadia” w miejscowości Belek. Hotel był jednym z wielu ciągnących się wzdłuż brzegu morskiego. Natomiast miejscowość Belek oddalona jest o około 800 m od wybrzeża. Hotel składa się z kilku budynków w otoczeniu zieleni co sprawiało przyjemne wrażenie. Zresztą każdy resort wygląda podobnie.

Rano i wieczorem trzeba było się dosyć ciepło ubrać, temperatura wynosiła od 4° do 7° C. A ponieważ nie mieszkaliśmy w głównym budynku, w drodze na śniadanie i kolację kurtka była niezbędna.

W dzień bywało różnie. Mieliśmy cały przekrój pogodowy – słońce, deszcz, mżawka, wiatr a nawet solidna burza. Temperatura oscylowała w granicach 6° do 20° C.

Okazało się, że nasz pobyt (druga połowa stycznia) pokrywa się z feriami szkolnymi w Turcji. A młodzi Turcy też wyjeżdżają, więc hotel był wypełniony grupami dzieci i młodzieży głównie z klubów sportowych. Polecam dla chcących przypomnieć sobie klimat szkolnych kolonii. Na terenie hotelu oczywiście znajdują się baseny, w tym jeden imitujący wapienne kaskady w Pamukkale.

Plaża

Resorty ciągnęły się jak okiem sięgnąć w obie strony wybrzeża. Prawie puste plaże zachęcały do długich spacerów, choć pogoda nie zawsze temu sprzyjała. W najcieplejszy dzień korzystano z leżaków, a co odważniejsi wskakiwali do wody.  Turcja też ma swoich morsów. Ja jednak pozostałam w kurtce.

Belek

Jedyne miejsce osiągalne pieszo po opuszczeniu terenu hotelu to pobliski Belek. Właściwie „nasz” hotel był najbliżej miasta. Wychodziło się z resortu i szło na wprost około 800 m. Obsadzoną drzewami ulicą dochodzimy do głównego placu przyozdobionego fontanną-kaskadą. W ciepłe miesiące pewnie jest tu gwarno a stoliki kawiarni zapełnione są klientami. Na stoisku kupuję  świeżo wyciskany sok z granatów w cenie 10 TRY (ok. 9 zł) za porcję. Do wyboru były jeszcze pomarańcze. Spacerujemy prawie pustymi uliczkami spotykając jeszcze kilka nieczynnych o tej porze roku fontann. Centrum sprawia przyjemne wrażenie, ale jest „zrobione” pod turystów. W każdym budynku sklep, w którym raczej nie zaopatrują się miejscowi. Właściwie wygląda to jak lepszej klasy bazar. Większość sklepów jest otwarta. W tym letargu pozasezonowym tylko nieliczni sprzedawcy zachęcają nas do odwiedzenia ich sklepu. Większość bardziej zainteresowana jest własnymi smartfonami, rozmową ze znajomym lub drzemką.

Transport

Dolmusze, którymi można dojechać do Antalji lub Side nie kursują w sezonie zimowym. Natomiast miejscowa komunikacja z punktu widzenia turysty jest nieprzydatna lub kłopotliwa. Na przykład dojazd do Antalii jest możliwy z przesiadką w Serik.

Aby zwiedzić okolicę wynajęliśmy samochód na trzy dni w hotelowej wypożyczalni. Koszt 110 euro (początkowo 120 euro) z pełnym ubezpieczeniem. Płatność gotówką, bez użycia karty kredytowej, blokowania kaucji itp. Wystarczyło okazanie paszportu oraz polskiego prawa jazdy. Za tą cenę otrzymaliśmy 4-drzwiowego Peugeota 301 na olej napędowy, na liczniku miał przejechane 5 tys. km (nowy!?).

Wypożyczonym autem dojechaliśmy do Perge, wodospadów Kurşunlu, Aspendos, Antalji, zbiornika zaporowego Oymapinar, Side o czym napiszę w następnych postach.
Zobacz post Turcja w styczniu na blogu autora
Udostępnij

O autorze