The long and winding road to Tuscany

Niby rozumiem, jak się tu znalazłem, ale i tak własnym oczom nie wierzę. Z całą pewnością jeszcze w piątek zjawiłem się w biurze krótko po świcie. To akurat pamiętam doskonale, bo tak nieprzyzwoicie wczesna pobudka była równie bolesna, co niezbędna, by po pracy zdążyć jeszcze na samolot. Popołudniowe godziny upłynęły mi jednak przede wszystkim na walce z syndromem „ołowianych powiek” i nieudolnych próbach utrzymania ich w górze wszelkimi dostępnymi sposobami. I choć momentami byłem już gotów uznać, że czas ten nigdy nie nastąpi, nadeszła wreszcie upragniona sobota. Siedzę więc na łące, liczę ukąszenia po komarach i gęba mi się cieszy bez opamiętania, bo oto dociera do mnie, że trawa, którą ugniatam właśnie tyłkiem to najprawdziwsza część toskańskiego ekosystemu.

Niespełna dwadzieścia cztery godziny temu nieznajomy mężczyzna siedzący naprzeciwko mnie wertował liczne dodatki do weekendowego wydania Süddeutsche Zeitung, co pewien czas nieświadomie upuszczając któryś z nich na podłogę. Nim dobrnął do wiadomości sportowych, pracownicy lotniska rozpoczęli wpuszczanie pasażerów oczekujących na lot do Pizy, a ja bezpowrotnie straciłem go z pola widzenia. Gdy niespełna pół godziny później zająłem wreszcie miejsce w samolocie, obok mnie usiadła starsza kobieta. Jej również wypadały z rąk dodatki do południowoniemieckiej prasy. Zbierając z podłogi ogłoszenia drobne mojej współpasażerki, pomyślałem, że może warto by napisać w tej sprawie do wydawcy dziennika, lecz wkrótce potem uczucie senności wzięło górę nad ambicjami.

Dopiero lądowanie we Włoszech wyrwało mnie z objęć Morfeusza. Ciepłe ubranie, jakie wciąż jeszcze miałem na sobie, dotkliwie dawało do zrozumienia, że marne niemieckie lato, do którego z konieczności zdążyłem już przywyknąć, ustąpiło właśnie miejsca południowemu słońcu, a temperatura za oknem podskoczyła z nędznych osiemnastu do upalnych trzydziestu pięciu stopni. Kolejny szok wywołało we mnie spostrzeżenie, że Port Lotniczy im. Galileusza rozmiarem dorównuje mniej więcej temu w Bydgoszczy, choć lista połączeń z Pizy jest kilkunastokrotnie dłuższa. Mrowie mijanych przeze mnie nieszczęśników ustawionych do kontroli bezpieczeństwa, w chwili gdy ja opuszczałem terminal, tylko to potwierdzało. Obiecałem więc sobie, że w drodze powrotnej dotrę na lotnisko tak szybko, jak się da. Tobie zresztą też radzę tak postąpić, jeśli przyjdzie Ci kiedyś stamtąd odlatywać.

Skoro już o tym niezwykle znanym toskańskim mieście mowa, to przyznać się muszę, że prócz Krzywej Wieży kojarzy mi się ono z pewnym błędem, który przed laty popełniłem, dlatego dziś szczerze chciałbym Cię przed nim uchronić. Najkrócej rzecz ujmując, mój przekaz zamknąć można w jednym zdaniu: Nie trać na Pizę czasu! Spośród wszystkich dobrodziejstw Toskanii, jakich dotąd miałem przyjemność zaznać, jest to bodaj najbardziej nudny i stanowczo przeceniany zakątek regionu. Półgodzinny spacer z dworca centralnego do Piazza dei Miracoli (gdzie mieści się tutejsza katedra ze słynną, nietrzymającą pionu kampanilą), mijając po drodze nieco mniej słynny, choć równie urokliwy bulwar nad rzeką Arno to według mnie maksimum tego, co w Pizie jest godne uwagi. Dlatego też, zamiast zatrzymywać się tu na noc, jak to kiedyś niemądrze uczyniłem, lepiej zarezerwuj sobie 2-3 godziny na zwiedzanie, a potem ruszaj dalej… w którąkolwiek ze stron. Co do mnie – kierunkiem, który aktualnie najbardziej mnie interesował, była niewielka mieścina o nazwie Volterra.

Zobacz post The long and winding road to Tuscany na blogu autora
Udostępnij

O autorze

Pisanie zazwyczaj przychodzi mi łatwiej niż mówienie, dlatego powstanie "Europa Bistro" było naturalną konsekwencją tego faktu. Moją odwieczną przypadłością jest chroniczna nieumiejętność przebywania zbyt długo w jednym miejscu. Jeśli co najmniej raz na kilka tygodni choć na moment nie zmienię widoku za oknem, "dostaję wysypki". Sądzę, że stoi za tym jakiś quasi-narkotyczny głód – nowych miejsc, nowych ludzi i nowych wrażeń.