Szybko, nim spowszednieje mi Amsterdam

Zatytułowałbym ten tekst „Na haju w Amsterdamie”, gdyby nie wywoływało to tak oczywistych skojarzeń. Mimo wszystko uważam jednak, że słowa te idealnie oddają wrażenie zastrzyku pozytywnej energii, jakiego dostarcza spacerowanie ulicami tego miasta, nawet bez wspomagania się jakimikolwiek substancjami, choć te – jak powszechnie wiadomo – są w Holandii do pewnego stopnia dozwolone.

Rozprawmy się z tą ostatnią kwestią od razu, żeby nie zaprzątała nam już głowy. Jadąc wprost z lotniska, można usłyszeć kiepsko kamuflowane szepty i szelmowskie uśmieszki turystów, pokazujących sobie nawzajem mijane po drodze coffee shops czyli lokale, w których bez skrępowania zażywać można rekreacyjnie marihuanę. Przybytków takich jest w centrum Amsterdamu od zatrzęsienia, a zdobiące je kolorowe neony działają niczym lep na żądnych przygód przyjezdnych. Natychmiast nasuwa się pytanie, dlaczego nazywają się one tak, jakby w swej ofercie miały przede wszystkim kawę. Jeśli wierzyć Russellowi Shorto (autorowi świetnej książki pt. „Amsterdam”), korzeni tego faktu poszukiwać należy w starej, niderlandzkiej tradycji znanej jako gedogen (wym. „hedohen”) czyli ogólnie przyjętej zasadzie pozwalającej nierespektować pewnych przepisów prawnych w imię szeroko rozumianej tolerancji czy też wewnętrznego poczucia słuszności danej sprawy. Panuje więc ponoć niepisana umowa, że skoro dany lokal twierdzi, że ma w swej ofercie kawę, to policja – że tak to ujmę – wierzy mu na słowo. Sam Shorto jednak, choć stanowi niewyczerpalne źródło informacji na temat wszystkiego co z Amsterdamem związane, miewa czasem tendencje do lekkiego koloryzowania, więc być może należałoby tę kwestię jeszcze nieco dokładniej zbadać.

Dla mnie Amsterdam to jednak przede wszystkim niewiarygodnie urokliwa niska zabudowa, wszechobecne kanały, imponująco czyste chodniki, a nade wszystko – krytyczne masy rowerzystów. To miasto zdaje się być wprost stworzone dla spacerowiczów i cyklistów. Nawet szerokie ulice miewają nierzadko raptem jeden czy dwa pasy dla samochodów, które zresztą widywane są tu i tak dość rzadko, zaś umieszczone przy skrzyżowaniach sygnalizatory świetlne w wielu miejscach przyznają priorytet pieszym. Brak jazgotu silników, o którym wspominałem już kiedyś w tekście o Kopenhadze, i tutaj działa niczym balsam na moje uszy.

Zobacz post Szybko, nim spowszednieje mi Amsterdam na blogu autora
Udostępnij

O autorze

Pisanie zazwyczaj przychodzi mi łatwiej niż mówienie, dlatego powstanie "Europa Bistro" było naturalną konsekwencją tego faktu. Moją odwieczną przypadłością jest chroniczna nieumiejętność przebywania zbyt długo w jednym miejscu. Jeśli co najmniej raz na kilka tygodni choć na moment nie zmienię widoku za oknem, "dostaję wysypki". Sądzę, że stoi za tym jakiś quasi-narkotyczny głód – nowych miejsc, nowych ludzi i nowych wrażeń.