Slow life Polska!!!

W czerwcu przyjechałam na kilka tygodni do Polski. Po mojej wizycie w poznańskim radio Merkury, gdzie  w audycji „Po zachodzie słońca”, opowiedziałam Panu Rafałowi Regulskiemu o moich korporacyjnych i wolontariackich doświadczeniach, po spotkaniach z przyjaciółmi i relaksie w domu, spakowałam się znowu i wyjechałam na dwa tygodnie na wolontariat w Polsce.
20160616_20542720160616_205209

Już w lutym zostałam zaproszona na organiczną farmę znajdującą się w okolicy Bydgoszczy, jednak okazało się, że host o tym zapomniał, pozapraszał do siebie innych wolontariuszy w międzyczasie, więc dla mnie nie było już miejsca. Uznałam, że widocznie tak ma być i zaczęłam szukać nowego hosta. Znalazłam go bardzo szybko. Zostałam zaproszona przez Iwonę do jej domu przerobionego ze starej obory, schowanego na wsi kaszubskiej wśród lasów i drzew owocowych.

20160712_150714~2.jpg

Iwona. Host. W tle Kuba, pies-wartownik

Miłą niespodzianką było dla mnie pojawienie się tego samego dnia wolontariuszki z Argentyny, Sol (zawsze powtarzam: im więcej wolontariuszy, tym lepiej), która ostatnie sześć miesięcy spędziła w Warszawie pracując jako opiekunka do dzieci. Sol w trakcie naszej pracy między ziemniaczanymi okopami, wśród drzew czereśniowych i krzaczków z porzeczkami, opowiadała mi o życiu w Ameryce Południowej, o tym, jak zwiedziła Peru, Boliwię i Kolumbię, o pływających wyspach na największym wysokogórskim Jeziorze Titicaca, o jej rodzicach prowadzących w Cordobie bungalowy dla turystów i praprzodkach pochodzących z Syberii, Ukrainy i Niemiec.

20160703_115825~2

Sol, wolontariuszka z Argentyny.

Jak to na organicznej farmie, jak to na wsi bywa, czas mijał nam spokojnie i leniwie. Pracę zaczynałyśmy według naszego uznania, nie było potrzeby, aby rano wcześnie się zrywać z łóżka. Pielenie, zrywanie dojrzałych owoców na konfitury, malowanie drewnianych płotków, chodzenie na bosaka po trawie…  W tle zazwyczaj sączyła się muzyka Mercedes Sosa, argentyńskiej pieśniarki, bardzo popularnej w Ameryce Łacińskiej albo Arethy Franklin, afroamerykanskiej królowej soulu. Wieczorową porą przeprowadzałam dla dziewczyn stretching z elementami jogi, Sol pichciła w kuchni niczym jakaś czarodziejka, potrawy z kuchni hiszpańskiej, spacerowałyśmy po okolicy łapiąc ostatnie promienie słoneczne, pluskałyśmy się w jeziorze i robiłyśmy przed telewizorem seanse filmowe (Polecam bardzo mocno film ROOM z 2015 roku). Celebrowałyśmy życie zgodnie z zasadą slow life, sztuką uważnego życia. Kontemplowałyśmy chwile, rozkoszując się zapachami i odgłosami wkoło. Wieś cicha, wieś spokojna nadaje się do takiego życia idealnie. Do odbierania świata wszystkimi zmysłami.  Do skontaktowania się z naszymi emocjami, z tym, co nosimy w środku. Bez pośpiechu, bez stresu,  w kontakcie z Matką Naturą. W mieście niestety, chaos, hałas, pośpiech, gwar, tłumy ludzi, odcinają nas od naszego wnętrza.  Moja pierwsza myśl, która przyszła mi do głowy, kiedy wyszłam z dworca kolejowego w Poznaniu, dotyczyła spiętych, umęczonych i szarych twarzy ludzi, które rzuciły mi się w oko. Zaciśnięte usta, brak uśmiechu, twarze jakby smutne i zatroskane…

20160705_092806~2 20160707_173213~2~3 20160706_180232~220160710_165844~2 20160712_150434~2~2

 

Tekst: Magdalena Vagadonda

https://www.facebook.com/MagdalenaVagabonda/

Zobacz post Slow life Polska!!! na blogu autora
Udostępnij

O autorze

Po korporacyjnych męczarniach, po byciu cyferką w pliku excelowskim, po mobbingu i po utracie pracy... Po tym wszystkim wiedziałam co mam robić. Spakować się, wyjechać i zacząć żyć w końcu swoim życiem. https://www.youtube.com/watch?v=lu1V_x1csfU