Ronda Romantica

Myśl o tym, by odwiedzić tę niewielką andaluzyjską mieścinę pojawiła się w mojej głowie niemal natychmiast po przeczytaniu tekstu pt. „Cross the bridge of Ronda” na blogu Once Is Enough. Bardziej niesamowite jest jednak to, że ani Magda (autorka owego artykułu, którą zresztą zawczasu uprzedziłem o swoim zamiarze) ani tym bardziej ja, nie spodziewaliśmy się, że dotrę tam wprost na obchody hucznego majowego festiwalu „Ronda Romantica”. Cofnijmy się jednak do chwili, kiedy to ze szczegółowej opowieści Magdy na temat Rondy na dobrą sprawę nie pamiętałem już praktycznie nic poza tym, że jest tam… most. Zdaję sobie sprawę, że nie brzmi to jak elektryzująca zapowiedź niesamowitej przygody, ale uzbrójmy się w cierpliwość.

Jest upalne piątkowe popołudnie. Wysiadam właśnie z pociągu, by znaleźć się na dość nijakiej alei o przewidywalnej nazwie Avenida Andalucía, po której za chwilę przyjdzie mi taszczyć mój (co nieco dociążony świeżo zgromadzonymi zapasami wina i oliwy) bagaż. Rzeczonego mostu nie mam jeszcze nawet w zasięgu wzroku.
Z każdym kolejnym krokiem stopniowo odświeża mi się pamięć. Przypominam sobie, że najpierw miało być tak sobie, ale nieco dalej będzie już ładnie. Czekam więc na „ładnie”. Mija niecały kwadrans, podczas którego pokonuję kilka zakrętów, gdy nagle zza narożnej kamienicy wyłania się promenada pełna spacerowiczów. Przemiana, która właśnie ma miejsce, wywiera na mnie piorunujące wrażenie. Czym bardziej zbliżam się do hotelu, tym częściej mam ochotę zatrzymać się pośrodku ulicy, wyciągnąć aparat i obfotografować każdy kąt. Albo nie, wytrzymam. Będę dzielny, wszystko w swoim czasie.
Pół godziny później znów snuję się tymi samymi zakamarkami, lecz tym razem z kilkunastoma kilogramami balastu mniej. Internetowa mapa podpowiada mi, że nieopodal znajduje się punkt widokowy. Przekonany, że wreszcie uda mi się ujrzeć na własne oczy ów słynny most, zmierzam czym prędzej w tamtą stronę. Zgrubsza szacując, zagęszczenie turystów na metrze kwadratowym wzrasta wykładniczo. Acha, czyli widok musi być naprawdę niesamowity. Z mieszanką niecierpliwości i zafascynowania doprawioną nieznacznym lękiem wysokości docieram do barierki ochronnej zamontowanej na skraju przepaści. Moja dolna szczęka w sposób niekontrolowany, acz w pełni zasłużony wędruje gdzieś w okolice parteru. Nie zastanawiając się zbyt długo, chwytam za aparat i… zaraz, zaraz… Wszystko jest piękne na tym najwspanialszym ze światów, ale ja bym chciał wiedzieć, gdzie jest ten przeklęty most.
Zobacz post Ronda Romantica na blogu autora
Udostępnij

O autorze

Pisanie zazwyczaj przychodzi mi łatwiej niż mówienie, dlatego powstanie "Europa Bistro" było naturalną konsekwencją tego faktu. Moją odwieczną przypadłością jest chroniczna nieumiejętność przebywania zbyt długo w jednym miejscu. Jeśli co najmniej raz na kilka tygodni choć na moment nie zmienię widoku za oknem, "dostaję wysypki". Sądzę, że stoi za tym jakiś quasi-narkotyczny głód – nowych miejsc, nowych ludzi i nowych wrażeń.