R jak Reisefieber

Krążył kiedyś stary i nieśmieszny dowcip (a jestem dobry w opowiadaniu starych i nieśmiesznych dowcipów) o tym, jak to przychodzi baba do lekarza i skarży się:

– Panie doktorze, nie mogę nigdy zasnąć przed podróżą.
– To niech pani wyjeżdża dzień wcześniej – radzi jej lekarz.

Dowcip nadałby się pewnie co najwyżej na rozpoczęcie „Familiady”, gdyby nie fakt, że przypadłość, o której mowa, dotyka bardzo wielu z nas.

Stephen King napisał ładnych parę lat temu opowiadanie poświęcone pewnemu uczuciu, znanemu powszechnie jako déjà vu. Tekst swój celnie zatytułował „That Feeling, You Can Only Say What It Is in French” (tytuł polski „To wrażenie można nazwać tylko po francusku”). Co prawda na określenie niepokoju dopadającego nas niejednokrotnie na myśl o zbliżającej się podróży dałoby się zapewne znaleźć jakieś zgrabne określenia funkcjonujące w różnych językach, jednak aż się prosi, by sparafrazować pisarza, stwierdzając, że to uczucie nazwać można tylko po niemiecku. Powszechnie zwykło się je bowiem określać wspólnym mianem Reisefieber (wym. rajzefiba) czyli „gorączka podróżna”. Swoją drogą to zadzwiajaco krótke słowo jak na germanizm, nieprawdaż?

Być może i Ty zachodzisz w głowę, jak to w ogóle jest możliwe, że choć uwielbiasz podróżować i potrafisz całymi godzinami rozmyślać o kolejnych wyprawach, z wypiekami na twarzy snujesz plany o niekończących się wojażach, a do tego nieustannie chłoniesz relacje podróżników z przyciągających Cię niczym magnes zakątków świata, to i tak gdy w końcu Twój wymarzony wyjazd jest tuż tuż… uruchamia Ci się w tle jakiś wewnętrzny sabotażysta. Nagle zaczynasz doceniać walory codziennej rutyny i marzysz wyłącznie o tym, by robić dziś dokładnie to samo co każdego dnia. Rytuał składający się ze śniadania we własnym domu, pójścia do pracy i przeżycia choćby najbardziej nudnego dnia w biurze jawi się niczym raj utracony. Przecierasz oczy i mówisz sobie, że stawisz temu czoła. Wiesz, że dasz radę, jak zawsze zresztą. Pojedziesz tam, dokąd masz już dawno kupiony bilet i szybko zapomnisz o niepokoju. Ten stan jest przecież wyłącznie przejściowy. Przemówisz sobie w końcu do rozsądku i pójdziesz dalej, by za jakiś czas (może w drodze na lotnisko, może tuż po oderwaniu się od ziemi, a może nawet dopiero nazajutrz) całkowicie zapanować nad sytuacją. Wtedy też nastąpi standardowy finał: Nie będziesz sobie dowierzać, że dopiero co tak bardzo nie chciało Ci się nigdzie jechać. Może nawet pomyślisz sobie, jak wiele by Cię ominęło, gdyby uporczywe myśli wzięły nad Tobą górę i faktycznie skłoniły Cię do pozostania w domu. Na szczęście jesteś tu i już nigdy więcej nie pozwolisz sobie na jakiekolwiek przedwyjazdowe wątpliwości. Co to, to nie… A potem, przy najbliższej okazji i tak sprawdzi się dokładnie ten sam scenariusz…

Zobacz post R jak Reisefieber na blogu autora
Udostępnij

O autorze

Pisanie zazwyczaj przychodzi mi łatwiej niż mówienie, dlatego powstanie "Europa Bistro" było naturalną konsekwencją tego faktu. Moją odwieczną przypadłością jest chroniczna nieumiejętność przebywania zbyt długo w jednym miejscu. Jeśli co najmniej raz na kilka tygodni choć na moment nie zmienię widoku za oknem, "dostaję wysypki". Sądzę, że stoi za tym jakiś quasi-narkotyczny głód – nowych miejsc, nowych ludzi i nowych wrażeń.

Could create table version :No database selected