Qatar Airways, Doha i rozmówki polsko-indyjskie

Drugi odcinek mojej trasy na pokładzie Qatar Airways z Doha na Goa minął w podobnie komfortowych warunkach. Kocyki, butelki z wodą, najświeższe produkcje filmowe, działające słuchawki, rozkładane fotele. Żadnych dzieci, kupek i pijatyk. Wszyscy grzeczni, mili i sympatyczni. Prawie nudno. Ale trudno oczekiwać jakiś większych atrakcji za 1200 zł.

Rozrywkowo się zaczęło, jak wylądowałam na lotnisku na Goa

W środku nocy, bez znieczulenia, z kciukiem na temblaku i w nastroju ogólnego szoku i chaosu. Myślałam, że dlatego mierzą mi temperaturę. Żółtej książeczki szczepień nie chcieli, czyli znowu jeden zero dla rzeczywistości. Przegrywa teoria.
Lotnisko było oblepione takimi taśmami, jak oznacza się miejsce zbrodni, a tłum szturmował na te taśmy. Z lewej. Z prawej. I z pozostałych stron.  A pan z pistoletem był tylko jeden. Każdemu delikwentowi przykładał pistolet do czoła. I pstryk. Stemplował. Narzędzie zbrodni wyglądało jak krzyżówka czytnika kodu kreskowego i lampy dentystycznej, którą utwardza się plombę. Był to termometr.

Zobacz post Qatar Airways, Doha i rozmówki polsko-indyjskie na blogu autora
Udostępnij

O autorze

W sylwestra 2015 roku tuż przed północą kupiłam one way ticket do Indii. Nie miałam sprecyzowanych planów. Jak zwykle chciałam przeżyć przygodę i jak zwykle mi się udało! To nie była moja pierwsza dłuższa wyprawa w pojedynkę. Wierzcie lub nie, ale debiutowałam w wieku 12 lat. Co prawda nie pojechałam wtedy daleko, bo tylko do Francji, ale była to wystarczająco egzotyczna wyprawa jak na tamte czasy i dla dziecka, które dotąd widziało same państwa, których nazwy zaczynały się od "demokratyczna", "socjalistyczna" lub "ludowa". Wtedy postanowiłam, że jak będę duża, to pojadę wszędzie. Do tej pory udało mi się zrealizować to marzenie w 1/4. I oczywiście jadę dalej! :)