Pomarańczowe afery

Praca na farmie to ciężki kawał chleba. Najciężej strawny chleb w Australii to chyba zbieranie pomarańczy. Sama w życiu uzbierałam tylko jedną skrzynię i obiecałam sobie, że nigdy więcej.
Barry – mój szef i później partner – ochoczo na to przystał.

 

Barry mianował mnie supervisorem. Zaczęłam swoją ścieżkę kariery przez nepotyzm. No cóż, biorę co życie daje. Rzadko marnuje okazje.

 

– Musisz być trochę sukowata – poinstruował mnie Barry zanim zaczęłam swój pierwszy dzień w pracy. – Na co dzień jesteś miła i uśmiechnięta, ale jako supervisor ludzie mają się Ciebie bać – ciągnął poddając pod wątpliwość moją nikczemną stronę natury. Oburzyłam się okrutnie i obiecałam, że będę zimna jak głaz i wredna jak cholera. Ten dalej nie wierzył, ale stwierdził, „zobaczymy”.

 

Pojechaliśmy minibusem do hostelu w Barmera, miasteczku przy wielkim jeziorze Bonney, i miejscu gdzie mieszkali nasi pracownicy. Na dzień dobry Barry odprawił jedną dziewczynę mówiąc jej, że mimo upomnień dalej zbiera zaledwie dwie skrzynie pomarańczy dziennie, zamiast wyrobić normy – trzech. Ta chyba nie sprawiała wrażenia ogromnie zawiedzionej. Dwie skrzynie to 50 dolarów, więc aż tak wiele nie straciła. Mnie za to zdziwiła postawa szefa. Dlaczego odprawił pracownika? W końcu nawet jedna skrzynia dziennie to dla niego zysk. Niezbadane są procesy myślowe Barrego.

W końcu dojechaliśmy na pole pomarańczy. Tam zobaczyłam – byłego już – supervisora, który zbierał pomarańcze. Było mi głupio i poczułam się jak karierowiczka, która omotała wokół swojego palca szefa, żeby dostać lepszą posadę. Mówiąc wprost, pierwszego dnia pracy nie byłam ani pewna siebie, ani sukowata. Chodziłam smętnie po polu i zaglądałam do skrzyń upewniając się, że pomarańcze nie mają ogonków, czy dziur. Potem dowiedziałam się, że zamówienie jest na sok, więc ogonki i dziury nikomu nie przeszkadzają. Zrobiłam tego dnia około trzydzieści kilometrów (według krokomierza w telefonie), z czego połowę bez sensu.

Ludzie powoli padali z wyczerpania, więc szef zarządził – kończymy pracę. Sam jednak musiał skończyć zbieranie pełnych skrzyń traktorem, więc przyszło nam czekać w polu kolejną godzinę. I tak codziennie.

 

Podczas mojej warty co rusz coś „wybuchało”. A to skrzyń nie było wystarczająco, a to drabin brakowało, dwa razy traktor złapał gumę, poza tym ktoś zaczął zbierać nie z tej strony rzędu co trzeba, za wolno, za mało, za…

 

Przez kilkanaście godzin dziennie zdążyłam znienawidzieć szefa i powiedziałam mu, że nie możemy razem pracować, bo jest najgorszym szefem świata. Chaotycznie wydawał mi polecenia w stylu: jedź! – bez mówienia w którą stronę. Prawie go zabiłam na tym polu. Wiele razy w myślach układałam przemówienie jak to nie pasujemy do siebie i nic z tego nie będzie, bo on jest głupi, a ja nie nadaje się do pracy w polu, a w ogóle to szkoda moich nerwów. Po powrocie do domu i opadnięciu emocji moje ułożone w głowie i stokrotnie przeanalizowane przemówienie wyparowywało i nagle wszystko samo się układało. Drama queen znalazła swojego drama king.

Często byłam wykorzystywana jako kierowca i woziłam pracowników z powrotem do hosteli. Nie chwaliłam się rzecz jasna swoimi znikomymi umiejętnościami kierowania, ale podejrzewam, że ludzie sami orientowali się, kiedy brałam ostre zakręty, tak że w środku wszyscy kotłowali się. Czasem też pomagałam Barremu w wożeniu skrzyń. Traktorem ustawiał dwie skrzynie na pick-up’a, a potem zabierał je kiedy dojechaliśmy do odpowiedniego rzędu. W między czasie oczywiście awantura. Ten złościł jak nie wiedziałam gdzie mam jechać, a ja się wkurzałam, bo niby skąd mam wiedzieć.

 

Jako osoba o porywczej naturze bezrefleksyjnie krytykowałam szefa wypominając mu brak organizacji, spóźnialstwo i totalny burdel w papierach. Ten nie pozostawał mi dłużny i denerwował się, jak czegoś nie zrozumiałam, lub przeinaczyłam. W końcu stwierdzał, że skoro jestem taka mądra to on mi odda całą papierologię. Ostatecznie rozpętała się wojna podczas tłumaczenia mi zasad działania programu do rozliczania podatków. Jestem zdziwiona, że oboje jeszcze żyjemy.

Przy nowych backpackerach nabrałam większej pewności siebie i chodziłam przez pole niczym strażniczka więzienna co chwila upominając ludzi i każąc im wracać do „nieogołoconego” drzewa by zebrali dokładnie wszystkie pomarańcze. Po jakimś czasie zrozumiałam dlaczego muszę pilnować backpackerów. Nowi rezygnowali z pracy po zebraniu jednej skrzyni zostawiając rząd wyczyszczonych do połowy drzew. Barry każdemu nowemu pracownikowi musi dać stos papierów do wypełnienia, które potem wprowadzałam do programu. Zajmowało to sporo czasu i energii w zamian za łaskawie zebraną jedną skrzynię. Po jakimś czasie wturowałam Barremu w klnięciu na europejskich leni.

Z drugiej strony oczywiście rozumiem backpackerów. Wszyscy należymy do uprzywilejowanej grupy ludzi pochodzących z rozwiniętych krajów. Jesteśmy sprytni i wiemy, że nie musimy harować jak wół w 35-stopniowym upale, bo dostaniemy dwa-trzy razy tyle pracując jako barman w klimatyzowanej restauracji. Kiedy backpacker zacznie liczyć według stawki godzinowej, a pierwszego dnia uzbiera średnio 10 dolarów na godzinę (przypomnę, minimalna stawka godzinowa w Australii za pracę dorywczą to ponad 22 dolary), to rezygnuje zostawiając nas ze stosem papierów do wypełnienia.

 

Oprócz backpackerów mamy pracowników z biedniejszych krajów. Wszyscy, łącznie ze mną, wychwalają ich. Ciężko pracują, nie marudzą, nie robią co chwila przerwy na selfie z pomarańczami w tle i nie przychodzą do pracy na kacu. Tyrają, bo nie mają wyjścia. Nie mają bezpiecznego lądowania w bogatej (stosunkowo) Europie u mamy w ciepłym domku. Czasem nawet nie mówią po angielsku. Pracują ciężko i dużo szybciej wypracowując nawet 25 dolary na godzinę. Teraz sama już nie wiem kto tu jest sprytniejszy. Czy poddający się po jednym dniu pracy backpackerzy, czy ciężko harujący imigrant, który zarobi czasem więcej niż znudzona barmanka za ladą.

Pracownicy to jeden wielki ból głowy. Któregoś dnia Barry stwierdził, że nie chce więcej użerać się z roszczeniowymi backpackerami ani subkontraktorką imigrantów z wyspy Tonga. Zawyrokował: sprowadzimy ludzi z wyspy Samoa. Brzmiało brawurowo i z fantazją. Okazało się, że nic prostszego. Wystarczy udać się do odpowiedniego działu pośrednictwa pracy i zapłacić 500 dolarów od osoby. Brzmi trochę jak niewolnictwo. Różnica polega na tym, że „kupiona” za 500 dolarów osoba, będzie dostawała wypłatę.

 

Barry ciągle mi powtarza, że wszystko siedzi w głowie i – po przyzwyczajeniu się – sama bym zbierała jedną skrzynię na godzinę. W mojej głowie jednak siedzi harówka w upale za 25 dolary za skrzynię, która w sklepie jest warta około tysiąca dolarów.

 

Muszę przyznać, że praca na pomarańczowym polu u Barrego, to nie jest najgorsza rzecz, jaka może spotkać backpackera. Słyszałam i czytałam o mrożących krew w żyłach historiach ludzi, którzy żyli w upokarzających warunkach z karaluchami i pluskwami. O nieotrzymaniu wypłaty, lub utknięciu w hostelu pracowniczym, za który trzeba zapłacić z góry i który ostatecznie nie gwarantuje Ci żadnej pracy, a nawet wykorzystaniu seksualnym samotnych, naiwnych dziewcząt, które łamaną angielszczyzną nie będą potrafiły zwrócić się o pomoc.

 

Australia jak widać ma swoje brudne sekrety. Mnie na szczęście to ominęło.

 

Zobacz post Pomarańczowe afery na blogu autora
Udostępnij

O autorze

Cześć! Mam na imię Marta i mam dwie pasje. No dobra, trzy. Jedna to sztuka - kocham kontemplować dzieła sztuki, podziwiać architektoniczne arcydzieła, dziwić się, oburzać, zachwycać i doszukiwać tego "co autor miał na myśli". Druga pasja jest stosunkowo młoda i wybuchła jakieś dwa lata temu. Kocham góry, a zakochałam się w nich po wejściu z nowopoznanymi na Facebooku znajomymi na szczyt Jested w Sudetach. Obie pasje połączyłam w jedno - podróżowanie. Przez pół roku mieszkałam w samym sercu gór Skalistych - Banff, gdzie miłość do gór wybuchła z całą mocą. W październiku przeniosłam się do Whistler - słynnego ośrodka narciarskiego, gdzie dalej zamierzam kontynuować swoją górską miłość.