Polska na szybkich obrotach

Przypuszczam, że nie będziesz się identyfikować z tym, co teraz napiszę. Zresztą chyba nikt normalny nie spędza tak często całych weekendów w pociągu, więc wątpię, czy ktokolwiek mógłby przeczytać te słowa, kiwając głową i mówiąc sobie w duchu – znam to uczucie, zgadzam się, tak właśnie jest. A może się mylę?

Raz na kilka miesięcy zaglądam na parę dni do Polski, co z jednej strony pozwala mi być mniej więcej na bieżąco z tym, co dzieje się w kraju, a z drugiej – ustawia w pozycji kogoś, kto widuje swoich krewnych wyłącznie u cioci na imieninach i za każdym razem łapie się za głowę, patrząc jak szybko dorastają jego siostrzeńcy. Swoją drogą przed laty koszmarnie nudziły mnie te wszystkie banały wypowiadane przy tego typu okazjach. Dziś zresztą nudzą nadal, ale przynajmniej rozumiem, że ktoś, dla kogo pół roku stanowi jedną dziesiątą dotychczasowego życia, faktycznie potrafi dorastać w zatrważającym tempie. Odłóżmy jednak na bok stare, rodzinne clichés i wróćmy na grunt podróżniczy.

Skłamałbym, twierdząc, że obecnie patrzę na nasz kraj oczami turysty, jakkolwiek powrotami do domu tych moich krótkich wypraw do Polski też już bym nie nazwał. Słowo „maraton” jest chyba najbardziej trafne, jeśli wziąć pod uwagę następujący plan wizyty: lądowanie w Warszawie, a potem nocleg w hotelu i pociąg do Wrocławia; nazajutrz poranny transport do Bydgoszczy, z której niemal natychmiast wyjeżdżam do Gdańska, by w poniedziałek wczesnym rankiem odlecieć z powrotem do Niemiec. Brzmi jak dobra zabawa? Być może, choć jednocześnie mam nieodparte wrażenie, że przez cały weekend jestem wszędzie i nigdzie. A jeśli już miałbym być gdzieś, to raczej jest to wagon PKP, z którego podziwiam Polskę przez szybę; Polskę podpatrzoną wśród mijanych osiedli i podsłuchaną w urywkach rozmów, Polskę pachnącą pierogami w warsie, ale też irytującą dźwiękami ze smartfonów współpasażerów. Krótko mówiąc: Polskę przewijaną na szybkich obrotach.

Zobacz post Polska na szybkich obrotach na blogu autora
Udostępnij

O autorze

Pisanie zazwyczaj przychodzi mi łatwiej niż mówienie, dlatego powstanie "Europa Bistro" było naturalną konsekwencją tego faktu. Moją odwieczną przypadłością jest chroniczna nieumiejętność przebywania zbyt długo w jednym miejscu. Jeśli co najmniej raz na kilka tygodni choć na moment nie zmienię widoku za oknem, "dostaję wysypki". Sądzę, że stoi za tym jakiś quasi-narkotyczny głód – nowych miejsc, nowych ludzi i nowych wrażeń.

Could create table version :No database selected