Dzień w bagnie

Szósta rano. Stoję na wpół zaspany w sypialni, w samych majtkach i koszulce i próbuję dojść do tego, kto od dobrego kwadransu dobija się do drzwi, lata dookoła domu i, co najgorsze, wypłoszył kilkanaście kangurów skubiących trawę w ogrodzie. Zanim jednak zdołam jegomościa namierzyć, to on wyszczerza zęby tuż za oknem i pyta: – Are you the polish guys? To Ed. Ed Sutton. Sprzedał chatę w Londynie, rzucił lukratywną posadę i pojechał. Jedzie już 2,5 roku.
Jego rower niemożebnie skrzeczy. Po dwóch latach to chyba normalne, myślę sobie. Dwa razy rozjechały go samochody – we Włoszech i w Stanach. Raz się ożenił, z Kolumbijką, po drodze przez Amerykę Południową. Teraz pędzi, bo chyba go jednak parzy w palec pod obrączką fakt, że zostawił latynoską piękność i pojechał dalej szlajać się z dwoma kółkami po świecie. Wykręca po 200 km dziennie. Chyba ma już dość i chyba chce wrócić. My mamy dość autostrady, którą przez moment z Edem jedziemy i odbijamy w szutr. Ten szutr zaprowadzi nas do Nigdzie.

Zobacz post Dzień w bagnie na blogu autora
Udostępnij

O autorze