Park Narodowy Pelister

Park Narodowy Pelister

Równiutko dziesięć godzin: tyle nam zajął „spacer” na najwyższy szczyt pasma górskiego o wdzięcznej nazwie Baba i z powrotem. Szczyt – po tutejszemu „vrv” – nosi nazwę Pelister, jak cały park narodowy, na terenie którego się znajduje. Gdybym bardziej uważała na geografii, to może i skojarzyłabym, że włażę oto wyżej niż na Rysy. Uświadomił mi to jednak dopiero Michał w drodze powrotnej. Oboje pobiliśmy tego dnia swój rekord wysokości, stawiając stopy na 2601 metrze nad poziomem morza. I co? I strasznie wiało!

Ale po kolei: noc spędziliśmy już na terenie parku narodowego, w hotelu Molika. Dzień zaczął nam się od podziwiania widoku na skrzącą się w oddali Bitołę. Jej mieszkańcy musieli jeszcze smacznie spać, kiedy o 6:10 weszliśmy na szlak. Minęliśmy nieczynny wyciąg i schronisko, które podobno spłonęło. Mimo to na polanie obok dalej jest tu całkiem przyjemnie, a ludzie przychodzą piknikować przy rozstawionych wokół stołach.

Trasa na Pelister była nie dość, że ładna, to w gruncie rzeczy całkiem ciekawa: na początku prowadziła przez lasy na zboczach, żeby później zamienić się w kupę głazów, po których trzeba się było wspinać przy użyciu wszystkich czterech kończyn. Tu i ówdzie zdarzały się pojedyncze łańcuchy (a raczej linki), ale strach było na nich polegać widząc, że część się już pourywała. Kamienisty szlak – zwany zresztą „Rocky Trail” – prowadził najpierw na Stiv (2648 m.n.p.m.), z którego widoki wcale nie ustępują tym pelisterowym. Z niego schodzi się do przełęczy i dalej, niczym po grzbiecie śpiącego smoka, wspina na grań, prowadzącą już na ten „właściwy” szczyt.

 

Zobacz post Park Narodowy Pelister na blogu autora
Udostępnij

O autorze

Poznaliśmy się w Krakowie pewnego letniego wieczoru. Pewnego zimowego poranka zapakowaliśmy swój dobytek do skody i ruszyliśmy na kraniec Europy, zamieszkać w Porto. Od tej pory odkrywamy wspólnie uroki życia w Portugalii – kraju słońca i wina. Każde po swojemu: Karolina opisuje, Michał pokazuje.