Na meczu w Kamerunie

Na meczu w Kamerunie

Pobudka wcześnie rano. Musimy zdążyć na autobus do Jaunde. Jest 4.30. Ciemno za oknem. Jesteśmy już spakowani. Opuszczamy wybrzeże Kamerunu. Prawdopodobnie chwilowo. W planie mamy powrót nad ocean na koniec podróży.

Plecaki wypchane po brzegi. Na większym świetnie prezentuje się logo projektu „W drodze na najwyższe szczyty Afryki”. Kierowca z samochodem już na nas czeka. Na zewnątrz parno i duszno. Wsiadamy do auta i ciemnymi ulicami jedziemy w kierunku Buéa. W zasadzie pędzimy na złamanie karku. Nic nie widać. Ze strachu staram się zapiąć pasy z tyłu. Łatwo się domyślić, że nie działają. Pozostaje trzymać kciuki za szczęśliwy przejazd. Na liczniku ponad 140 km/h. Ciemno. Nie widać drogi. Nie ma namalowanych pasów. Kierowca jakoś sobie radzi. Pędzie przez kolejne wioski, zwalniając jedynie przed progami spowalniającymi. Zresztą nie da się przed nimi nie zwolnić. To potężne garby.

Zobacz post Na meczu w Kamerunie na blogu autora
Udostępnij

O autorze