W mieście nad jeziorem o tej samej nazwie

Sylwester w Zurychu.

Pociąg EuroCity do Zurychu przypomina raczej polską osobówkę sprzed lat. Fotele są wprawdzie trochę wygodniejsze, ale smród unoszący się z toalety jest dokładnie taki sam. Mam wrażenie, że swym zasięgiem objął już cały wagon. Pośród dziecięcych wrzasków ledwo daje się usłyszeć odtwarzany z głośników komunikat spikera informujący o zakąskach serwowanych na pokładzie. Chwilowo jednak straciłem apetyt.

Dwie godziny później zapotrzebowanie na kofeinę bierze górę nad uprzedzeniami. Wagon barowy okazuje się być tuż obok. Gustowne stoliki i miękkie krzesełka zachęcają, by zająć przy nich miejsce, więc pośpiesznie wybieram jakieś dla siebie. W oczekiwaniu na obsługę rozglądam się wokół. Przytulne wnętrze najwyraźniej skusiło jeszcze kilku innych pasażerów. Kobieta po mojej lewej, okryta zimową kurtką, ani na moment nie odrywa oczu od gazety. Nieco dalej, mężczyzna zatopiony w lekturze zdaje się nie zwracać uwagi na to, że walizka jednego z pasażerów przed momentem upadła niemal wprost na jego stopę. Mimo że wagon wypełniony jest w połowie, żaden nadmiernie podniesiony głos nie wybija się ponad szum pociągu. Czyżby zgromadzili się tu wyłącznie czytelnicy? Niespodziewanie, zza moich pleców wyłania się kelnerka. Cena zamówionej przeze mnie kawy z rogalikiem okazuje się być niższa od podanej w menu. Na rachunku spostrzegam dodatkową pozycję „przeprosiny” napisaną po niemiecku, francusku i włosku. Nie mam pojęcia, za co jestem przepraszany, ale zawdzięczam temu pomniejszenie należności o 1,45 euro.

Nieco później SMS od operatora komórkowego wita mnie w Szwajcarii, informując, że minuta połączenia do Polski kosztuje 6,15zł, a wysłanie wiadomości tekstowej 99 groszy. Chyba oszaleli!… Na dodatek coś mi mówi, że telekomunikacja nie będzie równie skora do nieoczekiwanych przeprosin co tutejsze koleje…

 

Zobacz post W mieście nad jeziorem o tej samej nazwie na blogu autora
Udostępnij

O autorze

Pisanie zazwyczaj przychodzi mi łatwiej niż mówienie, dlatego powstanie "Europa Bistro" było naturalną konsekwencją tego faktu. Moją odwieczną przypadłością jest chroniczna nieumiejętność przebywania zbyt długo w jednym miejscu. Jeśli co najmniej raz na kilka tygodni choć na moment nie zmienię widoku za oknem, "dostaję wysypki". Sądzę, że stoi za tym jakiś quasi-narkotyczny głód – nowych miejsc, nowych ludzi i nowych wrażeń.