Mały Tybet skuterem

Ladakh – kraina w hinduskich Himalajach, nazywana powszechnie „Małym Tybetem”. Ląduję w stolicy – Leh, wznoszącej się na wys. 3 500 m.n.p.m. Już pierwszego dnia zapadam na chorobę wysokościową, której symptomy przypominają uciążliwe zatrucie pokarmowe. Tabletki Diamoxu nie pomagają, zaczynam żałować, że tu przyjechałam. Trzeciego dnia symptomy całkowicie mijają, tak samo szybko i niespodziewanie, jak się pojawiły…

Ladakh postanawiam zwiedzać na własną rękę, nie zatrudniając przewodników ani przewoźników. Odstraszają ceny proponowane przez agencje turystyczne, a także trudne warunki trekkingu. Od początku lipca prawie codziennie świeci mocne słońce, przed którym nie są w stanie ochronić ani czapka, ani długie rękawy. Powietrze jest suche, pełne kurzu, piasek gromadzi się w nozdrzach, które krwawią. Skóra w okolicach ust i nosa czerwienieje i pęka. Co jakiś czas spoglądam na ogłoszenia – Markha Valley, Stok Kangri – nie czuję się jeszcze na siłach na kilkudniowy trekking po himalajskiej pustyni. Wolę tereny nieco niższe, zielone, gdzie co jakiś czas można się schronić w cieniu drzewa. Nie jestem także fanem popularnych tu tzw. jeep safari czyli czterodniowej jazdy jeepem w kierunku Nubra Valley i Panong Lake, dwóch najchętniej odwiedzanych przez turystów miejsc. Nie mogę wyruszyć tam skuterem, ze względu na przełęcz Khardong La (5602m.n.p.m.), z którą maszyna o niewielkiej mocy mogłaby sobie nie poradzić. Boję się, że na większych motocyklu miałabym problem z utrzymaniem równowagi. Royal Enfield’y pozostawiam więc innym. Na początek postanawiam poruszać się moim malutkim jednośladem…

Zobacz post Mały Tybet skuterem na blogu autora
Udostępnij

O autorze