W krainie uśmiechu. Cztery tygodnie w Birmie

Wybaczcie ten banalny tytuł. Sama nie lubię i staram się unikać tego typu określeń mających oddać charakter jakiegoś państwa – kraj, gdzie ciągle świeci słońce, kraj szczęśliwych ludzi, kraj czegoś tam. Pasuje to może do katalogów biur turystycznych, ale przecież każde miejsce wymyka się takim jednosłownym diagnozom, pełne jest niuansów, subtelnych (i nie) różnic, niewidocznych na pierwszy rzut oka dychotomii. To tak, jakby na tacy podać spłaszczony, jednowymiarowy obraz rzeczywistości. Faktem jest jednak, że nigdzie nie doświadczyliśmy/zobaczyliśmy tylu uśmiechów. No i nigdzie nie śmialiśmy się tyle, co tu. Śmiejemy się z Birmańczykami, choć ni w ząb nie możemy się dogadać. Birmańczycy śmieją się z nas – z tego, jak nieporadnie jemy pałeczkami, jak ziejemy ogniem, kiedy spróbujemy jakiejś naprawdę ostrej potrawy, z naszych mokrych od potu, przyklejonych do ciała koszulek. Śmieją się serdecznie, bez odrobiny złośliwości. Uśmiech przełamuje wszystkie te bariery, które stwarza język. Więc niech zostanie już ta kraina uśmiechu.

Poza tym nic bardziej błyskotliwego nie przyszło mi do głowy.

Zobacz post W krainie uśmiechu. Cztery tygodnie w Birmie na blogu autora
Udostępnij

O autorze