Kostaryka: San José i Manuel Antonio

Kiedy tylko zobaczyłam, że miejsca w autobusie są ponumerowane, bagaż oznakowany, przy drodze nie biegają żadne prosiaki, a krowy stoją grzecznie za płotkiem, przeżuwając idealnie zieloną trawę, to już wiedziałam, że jestem w dupie, a raczej w Niemczech (wersja środkowoamerykańska), i zaraz dostanę z buta po kieszeni. Dodatkowo przy wjeździe musiałam okazać środki finansowe i bilet powrotny – na tę okoliczność byłam akurat przygotowana: ten sam lewy bilet Iberii do Madrytu, ze zmienionymi datami i danymi pokazują celnikom chyba wszyscy backpackersi i nie wiem, jak to możliwe, że na przejściu granicznym jeszcze nie skumali, że to zupełna ściema.

Kostaryka to taka Ameryka Łacińska w wersji light, bez cukru, edycja limitowana. Poszczęściło im się w ciągu ostatnich kilkudziesięciu lat i w kółko wygrywają te wszystkie oenzetowskie rankingi na „najszczęśliwszy naród świata”, bo nie dość, że mają dwa obstawione kurortami wybrzeża (Pacyfik i Karaiby), jedno z najwyższych HDI w Ameryce Łacińskiej, zakaz polowań (Można? Można.) i 25% powierzchni kraju zajętej przez parki narodowe, to jeszcze do tego bezrobocie jest jednocyfrowe, a co roku przyjeżdżają tutaj ponad dwa miliony nadzianych turystów. [czytaj dalej]

Zobacz post Kostaryka: San José i Manuel Antonio na blogu autora
Udostępnij

O autorze

Mam 29 lat i problemy z usiedzeniem na dupie. Skończyłam arabistykę w Hiszpanii i stosunki międzynarodowe w Austrii, po czym mieszkałam jeszcze w Maroku, w Belgii, w Austrii, w Polsce, w Indiach oraz w Egipcie. Podróżuję zasadniczo bezustannie i bez wyraźnego celu, poza takim, żeby po prostu być gdzie indziej. Właśnie jadę z Meksyku jak najdalej na południe w towarzystwie plecaka, namiotu i laptopa.

Could create table version :No database selected