Korporatka

Ostatnio na moim profilu osobistym na facebook’u napisałam, że wolę zbierać końskie gówienka (co robiłam na organicznej farmie ) niż siedzieć po uszy w gównie w korporacji.

Pomyślałam sobie, że podzielę się z Wami niektórymi korporacyjnymi faktami, które finalnie doprowadziły do umęczenia mojej i moich kolegów z pracy psychiki. Być może ta kwestia jest Wam bardzo dobrze znana. Być może sami pracujecie w korporacji, na stanowisku doradcy klienta (czytaj: sprzedawcy-produktora) i sami macie wiele do powiedzenia na ten temat. A może trafiliście pod skrzydła normalnego managera i macie dobre doświadczenia. Oby!

Jako wolontariuszka, krążę to tu, to tam. Trafiłam na farmę organiczną w Lacjum i Toskanii, pomagałam w hostelu w Palermo i Wenecji oraz w ośrodku jogi i medytacji w Piemoncie. Przez te kilka miesięcy usłyszałam o wiele więcej razy wyraz “Dziękuję”od ludzi, którym pomagam, niż przez całe siedem lat pracy w korporacji. I, jak wiecie, od momentu kiedy:

a) przestałam pracować w korporacji,

b) wyruszyłam w świat, jako wolontariuszka,

jakość mojego życia wzrosła po tysiąckroć. Wolność, wyjście poza system bycia niewolnikiem, dodała mi wiatru we włosach. Od włoskiego jedzenia przybrałam kilka kilo, ale jak to powiedział mi ktoś bardzo mądry: “Lepiej przytyć z radości niż od zajadania stresu”. Nie wyczekuję już weekendu, nie czekam na piątek i na wakacje, bo teraz mam wakacje cały czas. Nawet jeśli pracuję, bo oczywiście taka jest idea wolontariatu, nie odbieram tego, jak pracy. Jest to dla mnie teraz czysta radość i przyjemność.

Bo co może być miłego (oczywiście pamiętajcie…piszę z mojego punktu widzenia) w mobbingowaniu, robieniu codziennie nadgodzin, z managerką w oddziale, która ściąga po pięciu minutach przerwy, a zamiast L4 każe ci odbierać urlop!!!

Pracując na stanowisku doradcy, siedziałam zamknięta w korporacyjnej celi, często po dziesięć godzin dziennie, bez możliwości wypicia łyka wody, na stanowisku pracy, w niewygodnym, swędzącym uniformie, blada ze zmęczenia, z czerwonymi oczyma od wpatrywania się ciągle w komputer. Przerwa owszem, była. Często przerywana, bo akurat przyszedł klient. Nasz pan. Nie może czekać 5 minut. Nieważne, że jestem głodna i burczy mi w brzuchu, że muszę iść do łazienki, że jestem odwodniona, że przerwę w sumie powinnam mieć dwie godziny wcześniej. Moje zwykłe, podstawowe potrzeby nie są istotne. Być może w kolejce czeka mystery szoper, który przyszedł ocenić pracę umęczonych i sfrustrowanych doradców, którzy już dawno przestali się uśmiechać? Oczywiście zła ocena równa się odebraniu premii. Kara musi być! Tylko taki sposób motywowania pracowników znali…A jak ci się nie podoba, to:”oczywiście możesz odejść. Na Twoje miejsce jest tylu chętnych”.

Nigdy nie wiedziałam, o której skończę pracę, więc ciągle byłam w biegu, spóźniona. Zdarzało mi się wiele  spotkań umówionych po pracy odwoływać, bo na nie po prostu nigdy nie mogłam przyjść punktualnie. Ubrana już w kurtkę, gotowa do wyjścia, często jeszcze byłam zapraszana na “operatywkę”, aby opowiedzieć managerowi o moim dniu pracy. Cyfry, cyfry, cyfry. ” Ile kont osobistych dzisiaj WYPRODUKOWAŁAŚ?, ile klientów obsłużyłaś?, ilu z nich miało kredyt?, ile spotkań na inwestycje umówiłaś?, jak zamierzasz zrealizować target w tym miesiącu”. I tak dalej. Neverending story. Kiedyś przyszedł mail zatytułowany LISTA WSTYDU. Kreatywność managera oczywiście. Mail z excelowską tabelką z wypisanymi nazwiskami wszystkich doradców z całego regionu.  Jeśli w danym dniu doradca WYPRODUKOWAŁ konto, nazwisko z LISTY WSTYDU znikało. Jeśli nie, pod koniem dnia-operatywka i tłumaczenie się przed managerem.  Taki karny jeżyk dla dorosłych ludzi.

Do tego wszystkiego tłumaczenie się przed  dyrektorką regionalną z jakiego powodu byłam na L4-co oczywiście jest moją prywatną sprawą i nikomu nie muszę się tłumaczyć na co choruję-można to podciągnąć pod mobbing. Dodam, że przez dwa lata pracy byłam aż cztery dni na L4. I dociekania dlaczego wzięłam urlop na żądanie i czy ta sytuacja była na tle poważna, że nie przyszłam do pracy. Bo przecież praca jest najważniejsza. A jeśli nie chce mi się pracować, to…

Z powodu stresu i  przemęczenia w pewną środę trafiłam do szpitala. Moje ciało wyprodukowało tyle kwasu solnego w żołądku (ze stresu właśnie), że nie byłam w stanie się ruszać. Wszystko w brzuchu tak mi się pokurczyło, że ból czułam jeszcze 3 dni po podaniu mi w szpitalu dwóch kroplówek z jakąś substancją na rozkurcz.

Smutne jest to, że taki sposób zarządzania, oparty na mobbingu, zastraszaniu i umęczaniu pracowników, spowodował, że bardzo dobrzy, wartościowi doradcy z dużą wiedzą i doświadczeniem po prostu pewnego dnia odeszli.

Ja zostałam zwolniona, bo za dużo się sprzeciwiałam. Za dużo miałam do powiedzenia. Ale i tak szukałam już wtedy pracy i wiedziałam, że nie chcę tak żyć.

Dzisiaj jestem w zupełnie innym miejscu. I mam wrażenie, że w innym życiu. Tamtego życia całe szczęście już nie ma.

Zobacz post Korporatka na blogu autora
Udostępnij

O autorze

Po korporacyjnych męczarniach, po byciu cyferką w pliku excelowskim, po mobbingu i po utracie pracy... Po tym wszystkim wiedziałam co mam robić. Spakować się, wyjechać i zacząć żyć w końcu swoim życiem. https://www.youtube.com/watch?v=lu1V_x1csfU