Kolumbia: Islas del Rosario

W wiosce Orica nie ma: sieci elektrycznej, telewizorów, internetu, bieżącej wody, supermarketu, samochodów, motorów, gazet, pralek, kościoła (katolickiego), szkoły, piętrowych budynków, butów poza japonkami, lekarzy, kina, policji, straży pożarnej, urzędów, bankomatów, sołtysa, komputerów, fryzjera, apteki, klimatyzacji i ani jednej asfaltowej drogi.

Są: lasy namorzynowe, anakondy, iguany, dzikie plaże, kokosy, kury, świnie, przenośne generatory, trzy rodzaje tropikalnej gorączki, piątkowe dyskoteki, komary, trzy kościoły protestanckie, domki z drewna i blachy falistej, telefony komórkowe, budki z piwem i schabowymi, boiska do piłki nożnej, rybacy, prostytutki, dwa małe sklepy spożywcze i cotygodniowe walki kogutów jako główna forma masowej rozrywki.

Musiałam się tu przenieść z uwagi na zamieszanie w Casa Nativa Cartagena, uciekając przed nalotem straży granicznej (nie mam przecież, jak zwykle, pozwolenia na pracę, płatną czy nie) i w zasadzie bardzo dobrze się stało, bo nie ma lepszego miejsca, żeby przeczekać świąteczno-noworoczny pierdolnik.

Żeby tu dotrzeć, trzeba o ósmej trzydzieści pojechać na targ miejski (Bazurto) w Cartagena, znaleźć odpowiedniego przewoźnika, wytargować cenę i czekać cierpliwie, aż rozklekotana i koszmarnie przeładowana łódka się zapełni, podczas gdy pasażerowie przez dwie godziny podają sobie w tę i nazad worki z bananami i wierzgające kurczaki. Po godzinie jazdy dobijamy do rafy koralowej, której czubki tworzą Wyspy Różańcowe (Islas de Rosario – jest ich w sumie 29), z wioską Orica, Zaczarowaną Laguną (Laguna Encantada), wrakami hiszpańskich galeonów pod wodą i tym niedużym hostelem, gdzie od paru tygodni mieszkam i pracuję za miskę ryżu.

Względny kontakt z cywilizacją mamy wtedy, kiedy jest prąd i można naładować komórkę, ale nie ma mowy o wifi ani ekstrawagancjach w rodzaju lodówki, ciepłej wody albo klimatyzatora. Śpię pod moskitierą, jeżdżę na rowerze, wyganiam iguany ze śmietnika, pływam kajakiem, kąpię się w nocy w lagunie ze świecącym planktonem (o tym kiedy indziej), chodzę po lesie i patrzę, jak na plaży poluje rodzina pelikanów. Ale to nie „Ania z Zielonego Wzgórza” i, parafrazując znane powiedzenie, tu trzeba zasuwać: zatem wstaję jak tylko siadną generatory i od rana do popołudnia noszę skrzynki z piwem z łódki do spiżarni, ze spiżarni do lodówki i z lodówki do baru, worki z ryżem do kuchni, czyste pranie do magazynu i brudne talerze do zmywaka, jeżdżę do wioski po jajka, pomidory, ryby i cebulę, pilnuję, żeby nikt niczego nie zajumał ze spiżarni, żeby starczyło benzyny i srajtaśmy i żeby w lodówce był zapas zimnej coli i rumu. Z zaopatrzeniem jest trochę jak w dziewiętnastym wieku: prawie wszystko przywozi starszy pan w łódce raz na tydzień, i to tylko wtedy, kiedy jest dobra pogoda, ma kasę na benzynę i nie zapił poprzedniego dnia. Może się zdarzyć, że szczęście nie dopisało, i jemy kukurydzę z puszki, czekając aż szef przyjedzie z miasta i przywiezie gotówkę, za którą można kupić benzynę do generatora i jakieś konkretne jedzenie. [czytaj dalej]

Zobacz post Kolumbia: Islas del Rosario na blogu autora
Udostępnij

O autorze

Mam 29 lat i problemy z usiedzeniem na dupie. Skończyłam arabistykę w Hiszpanii i stosunki międzynarodowe w Austrii, po czym mieszkałam jeszcze w Maroku, w Belgii, w Austrii, w Polsce, w Indiach oraz w Egipcie. Podróżuję zasadniczo bezustannie i bez wyraźnego celu, poza takim, żeby po prostu być gdzie indziej. Właśnie jadę z Meksyku jak najdalej na południe w towarzystwie plecaka, namiotu i laptopa.