Karnawał to nie rurki z kremem

Karnawał w Kolonii.

Jak to ktoś kiedyś trafnie ujął, z tradycji karnawałowych Polacy powszechnie obchodzą dziś już tylko tłusty czwartek. W odmętach pamięci majaczą mi jeszcze przedszkolne bale przebierańców, no i nieśmiertelny śledzik, z okazji którego odbywały się doroczne imprezy ostatkowe w toruńskiej Kotłowni. Poza tym nic. Pewnie dlatego tak ogromne wrażenie wywierają na mnie trwające właśnie obchody karnawału w Kolonii.
Rankiem szóstego stycznia (który w tym regionie jest normalnym dniem pracy) kolorowy orszak zatorował jedną z głównych ulic w centrum miasta, choć wyraźnie niezadowolonych tym faktem nie dostrzegłem. Za to mnóstwo ludzi dołączało do grona podziwiających przemarsz rozentuzjazmowanych i zmyślnie przebranych mieszkańców.
Najweselej jest chyba jednak w weekendy. W wagonach metra i kolejek podmiejskich bez trudu natknąć się można wówczas na księciów, czarownice, klaunów, wróżki, legionistów, a całkiem niedawno spotkałem nawet tarantulę. Wrażenie potęgują wszechobecne wstęgi i wielobarwne ozdoby, którymi udekorowane są wystawy sklepowe, piekarnie czy (obficie występujące w mojej okolicy) salony fryzjerskie. Z początku wydawało mi się to wszystko odrobinę odrealnione. Spójrzmy jednak prawdzie w oczy, nie przypominam sobie, bym w Polsce, idąc po bułki, kiedykolwiek mijał pośród osiedlowych sklepików wielkopowierzchniowy salon ze strojami karnawałowymi…

 

Zobacz post Karnawał to nie rurki z kremem na blogu autora
Udostępnij

O autorze

Pisanie zazwyczaj przychodzi mi łatwiej niż mówienie, dlatego powstanie "Europa Bistro" było naturalną konsekwencją tego faktu. Moją odwieczną przypadłością jest chroniczna nieumiejętność przebywania zbyt długo w jednym miejscu. Jeśli co najmniej raz na kilka tygodni choć na moment nie zmienię widoku za oknem, "dostaję wysypki". Sądzę, że stoi za tym jakiś quasi-narkotyczny głód – nowych miejsc, nowych ludzi i nowych wrażeń.