Kadyks – miasto bez horyzontu

Kadyks (hiszp. Cádiz) najczęściej reklamuje się na dwa sposoby – jako najdłużej istniejące miasto Zachodniej Europy i jako miejsce narodzin flamenco. Pierwsza informacja to zaledwie jedna z rozważanych przez archeologów hipotez, a druga jest najprawdopodobniej wyłącznie sloganem mającym przyciągać turystów. Mnie osobiście Kadyks kojarzy się z czymś znacznie mniej spektakularnym – z brakiem horyzontu.

Ponad trzydzieści wieków historii odcisnęło ogromne piętno na układzie urbanistycznym tego urokliwego andaluzyjskiego miasta. Spacerując wąziutkimi uliczkami Kadyksu, wzdłuż których ciągną się wielopiętrowe kamienice, można poczuć się, jakbyśmy przedzierali się przez sieć tajemniczych, wysokogórskich wąwozów. Widoczność w takich warunkach sięga co najwyżej kilkudziesięciu metrów, co wprowadza momentami niemały zamęt. Fakt, że rozkład ulic dość frywolnie podchodzi do kwestii równoległości i prostopadłości, wielokrotnie zwodząc spacerowiczów niedostrzegalnymi zakrętami, ani trochę nie ułatwia orientacji. Nawet internetowa mapa w smartfonie nie na wiele się zdaje, gdy w ciasnocie zakamarków co chwilę znika sygnał GPS. Nie ma co zresztą zbyt długo wpatrywać się w ekran telefonu, bowiem na większości ulic dopuszczony jest ruch kołowy, co w praktyce oznacza, że co chwilę trzeba chować się po kątach, by przepuścić jadący samochód.

W tym przedziwnym labiryncie jedną tylko rzecz możemy przyjąć za pewnik  poruszając się wciąż przed siebie w którymkolwiek kierunku, po około 15-20 minutach dotrzemy nad brzeg oceanu. Jest tak dlatego, że mierzeja, na której leży Kadyks, do pewnego stopnia przypomina nasz rodzimy Półwysep Helski, z tą tylko różnicą, że pogoda jest tu znacznie mniej kapryśna, no i zamiast Morza Bałtyckiego mamy Atlantyk. Pewnie zresztą znalazłoby się jeszcze kilka innych rozbieżności, ale nie brnijmy w tę stronę.

Kadyks zaawansowaną wiosną podoba mi się znacznie bardziej niż ten, którego zapamiętałem z kwietniowej wyprawy przed kilkoma laty. Może dlatego, że wtedy nie zaznałem jeszcze tej niesamowitej mieszanki gwaru, chaosu i wszechogarniającego luzu, panującej na niewielkim Placu Św. Franciszka. No i z całą pewnością nie miałem pojęcia o istnieniu wyśmienitej knajpki przy Calle Barrié. Najzabawniejsze jest to, że chyba nawet nie umiem wyjaśnić, co w niej takiego niesamowitego. Ot, zwyczajne wnętrze. Owszem, przytulne i pełne lokalsów. Do tego serwują tam świetne tapas i rewelacyjne wina, ale przecież tego w Hiszpanii nigdy nie brakowało. Może chodzi o to, że kelner już mnie rozpoznaje i macha do mnie z daleka na przywitanie? A może o to, że zajadałem tam stresy przed kolejnymi publicznymi wystąpieniami?

Zobacz post Kadyks – miasto bez horyzontu na blogu autora
Udostępnij

O autorze

Pisanie zazwyczaj przychodzi mi łatwiej niż mówienie, dlatego powstanie "Europa Bistro" było naturalną konsekwencją tego faktu. Moją odwieczną przypadłością jest chroniczna nieumiejętność przebywania zbyt długo w jednym miejscu. Jeśli co najmniej raz na kilka tygodni choć na moment nie zmienię widoku za oknem, "dostaję wysypki". Sądzę, że stoi za tym jakiś quasi-narkotyczny głód – nowych miejsc, nowych ludzi i nowych wrażeń.