Jungfraujoch – sprawdzamy najdroższą atrakcję turystyczną Szwajcarii

Jest początek czerwca i piękna pogoda. 2500m niżej mieliśmy 25’C. Tu jest około 10’C. Zimą temperatury spadają to do -35’C a średnia roczna to -8’C. Świeże powietrze? Tak… tylko jeśli ktoś wjeżdżał z Lauterbrunnen lub gorzej, z Interlaken, to ma sporą szansę na przetestowanie na własnej skórze choroby wysokościowej. My na szczęście startowaliśmy z Wengen – u mnie tylko płytki i szybki oddech, u Asi – brak reakcji.

Na 3450 m n.p.m. wjeżdża się pociągiem, kolejką zębatą. Trzeba zaliczyć jedną przesiadkę. Ktoś górą podaje walizkę z naklejoną flagą United Kingdom… turyści z Chin. Pośród tego – my.

Uczucia mamy bardzo mieszane. Głównie z powodu wysoko postawionej poprzeczki i oczekiwań, które nie zostały zaspokojone. Jungfraujoch reklamowane jest jako magiczne miejsce z dramatycznie położonym punktem widokowym. Nikt jednak nie powie Wam, że wszystkie zdjęcia tego punktu zostały wykonane z helikoptera. Nie przywieziecie stąd ładnej pocztówki „slef-made”. Właściwie to ciężko tu bez umiejętności wspinaczki w lodzie o dobry kadr. O tłumie ludzi przelewającym się przez tą atrakcję nikt też nie wspomina.

Zobacz post Jungfraujoch – sprawdzamy najdroższą atrakcję turystyczną Szwajcarii na blogu autora
Udostępnij

O autorze

Ona: Project Manager, podróżnik, kierowca i degustator On: UX Designer, podróznik, nawigator, kucharz i fotograf amator.

Could create table version :No database selected