Jesień w Dolinie Shakdara – Marco Polo, Karol Marks i Pamirczycy

Zmęczenie. Albo przesyt, sama nie wiem. Pojawiło się jakoś nagle, gdzieś pomiędzy jedną biegunką, a drugą. Po kolejnej bezsennej nocy. Po kolejnej przełęczy. Za dużo podjazdów, za dużo stromych zjazdów. Za dużo wiatru w twarz. Pamiętam z jaką radością wjeżdżaliśmy w kipiące od zieleni góry Laosu, potem do Chin, które zachwycały nas każdym kilometrem. I wreszcie Kirgistan i przede wszystkim – tadżycki Pamir. Od czterech miesięcy jedziemy w niekończącym się rytmie podjazd-zjazd, aż zupełnie zapomniałam, jak to jest jechać po płaskim. I zaczęłam za tym tęsknić.

Nie dużo, ot – kilkaset płaskich kilometrów co najwyżej. Tak, żeby można było się rozpędzić, pocisnąć trochę mocniej, zrobić z łatwością trzycyfrowy dzienny dystans. Jechać dla samej radości z jazdy, nawet bez oszałamiających obrazków. Brzmi głupio, prawda? Jechać w podróż i narzekać, że widoki jak z pocztówki.

Zobacz post Jesień w Dolinie Shakdara – Marco Polo, Karol Marks i Pamirczycy na blogu autora
Udostępnij

O autorze