Fruit picking, czyli australijskie nektarynki same się nie zbiorą

Aby podróżować przez rok po świecie trzeba mieć spore fundusze. Żeby mieć spore fundusze trzeba mieć dochodową pracę. Aby mieć dochodową, dorywczą pracę w Australii trzeba… No właśnie co trzeba? Trzeba mieć szczęście, determinację i odwagę. 

Po przylocie do Melbourne szukaliśmy pracy w mieście, niestety konkurencja tysięcy innych backpackers’ów sprawia, że jest to walka z wiatrakami. Nie dostajesz odpowiedzi na ogłoszenia pracy zamieszczone w internecie lub warunki pracy są co najmniej słabe, ponieważ pracodawca może wybierać wśród tylu chętnych. Postanowiliśmy zatem wyjechać z miasta w region obfity w farmy owocowe i poszukać szczęścia jako ‚fruit pickers’ – zbieracze owoców. Znaleźliśmy stronę HARVEST TRAIL wspieraną przez organizacje rządowe – co oznacza, że relatywnie wiarygodną. Przeczytaliśmy w internecie oraz usłyszeliśmy relacje z wielu źródeł o dużej ilości przekrętów i przypadków wykorzystywania ludzi przez pracodawców więc postanowiliśmy dmuchać na zimne. :)

Pisząc krótko, pojechaliśmy w ciemno do miasta Swan Hill, które podała nam agencja pracy. Byliśmy na miejscu umówieni z Panem, który zapewnił, że robota się znajdzie i wieczorem odebrał nas ze stacji, zawiózł do swojego biura i zamknął za nami drzwi oraz dodatkowo jeszcze kratę przeciwwłamaniową. Zrobił nam kilka zdjęć i skserował paszporty. Trochę zaniepokojeni czy opuszczenie Melbourne było dobrym pomysłem, usłyszeliśmy jak Pan wykonuje kilka telefonów po czym wyszedł z zaplecza i oznajmił, ze od jutra mamy pracę jako zbieracze nektarynek i mamy być gotowi o 5:20 rano przy drodze obok kempingu. Ostrzegł nas, że pracodawca lubi kręcić i miał już z nim parę awantur, ale w tym momencie nie ma dla nas nic lepszego. Cóż, lepszy rydz niż nic i brzmi jak przygoda, więc mówimy ,,ok, no worries” i po paru minutach jesteśmy na kempingu, w małej blaszanej kabinie za 210$ tygodniowo. Pełni obaw oraz ciekawi jutra kładziemy się spać. 

Następnego dnia o 5:20 z kempingu odbiera nas Hindus i prawie bez słowa wiezie w nieznane. Po drodze w oddali widzimy pioruny i zbliżającą się burzę. Czujemy w głębi serca, że nie wróży to nic dobrego. Po 20 minutach dojechaliśmy na farmę. Zastaliśmy tam około 50 osób zebranych wokół kilku traktorów, wyposażonych w duże kosze na owoce. Kilka okrzyków w niezrozumiałym języku, kilka gestów i już jedziemy w koszu między krzewami uginającymi się od soczystych nektarynek. 

Każdy dostaje torbę i drabinę oraz rozkaz zbierania najszybciej jak się da. Następnie kilka instrukcji jakie owoce zbierać, a jakie pozostawić, aby mogły dojrzeć i przystępujemy do pracy. Niestety, a może właśnie stety :) po 5 godzinach pioruny wróciły wraz z deszczem i znowu – kilka okrzyków i nerwowych gestów i już jedziemy cali w błocie, trzymając się koszy pełnych nektarynek z powrotem. Okazało się, że owoców nie można zbierać w deszczu, ponieważ zostają na nich odciski palców i oczywiście nikt nie chce ich potem kupić. Z kolei, gdy jest za gorąco owoce robią się zbyt miękkie i wtedy także ‚fruit pickersi’ mają wolne. Tak więc pracowaliśmy 5 godzin na stawce 15$/h, co dało nam łącznie 150$. Pomyśleliśmy ‚nie tak źle’ jak za 5 godzin pracy. Postanowiliśmy więc kontynuować następnego dnia, lecz już wieczorem dostaliśmy sms’a od Hindusa-krętacza, że przekazuje nas na inną farmę do swego kolegi i od tej pory będziemy tam pracować. Mamy być gotowi nazajutrz o 5:30 przed kempingiem. W wieczornych wiadomościach jeszcze słyszymy o atakach terrorystycznych we Francji i padamy jak kawki.

ESKI1258

Godzina 5:30 rano, stoimy przy drodze, podjeżdża samochód z przyciemnianymi szybami. Wsiąść czy nie wsiąść? Dobra, wsiadamy. W środku dwóch Arabów w turbanach – ‚hello-hello’ i już jedziemy w nieznane z nieznanymi. Po 20 minutach ciszy podjeżdżamy pod dom. Nikogo przed nim nie ma, a gospodarstwo wygląda na opuszczone. Dwóch Arabów mówi, abyśmy szli za nimi i weszli do domu. Myślę sobie, że już dawno temu powinniśmy byli odpuścić tę pracę, ale cóż jeszcze dwa kroki i jesteśmy w środku. Na podłodze pełno brudu, niepozmywanych talerzy i garnków, wszędzie rozrzucone ubrania. W korytarzu obok rozmawia kolejnych dwóch facetów w turbanach. Nie mogę przestać myśleć o wczorajszych wiadomościach. Wchodzimy do salonu, a tam trzech osobników je śniadanie w tym jeden Australijczyk. Wymieniamy z nim parę zdań i już wszystko wygląda lepiej, aczkolwiek serce nadal bije szybciej. Okazuje się, że nie każdy, kto nosi turban ma na sobie kamizelkę z ładunkiem wybuchowym. Spędziliśmy na tej farmie sporo czasu, zbierając owoce w towarzystwie indyjskiej muzyki, miliona much, konkretnych zakwasów, 40-stopniowego upału i słońca, które drwiło sobie z naszego kremu z filtrem 50+. Pracowaliśmy ciężko kurczowo trzymając się myśli o kupnie busa i wyruszeniu w podróż w poszukiwaniu najlepszej fali w Australii. Każdy dzień wyglądał podobnie, więc czas leciał szybko, a hajs się zaczynał zgadzać. :)

MZAL1071

Co może pomóc w szybkim znalezieniu pracy w Australii?:

  1. Nie warto tracić czasu na szukanie pracy i wysyłanie maili z Polski, bo nikt na nie nie odpisuje

  2. Warto poczekać do momentu, gdy jest się na miejscu i można po prostu zadzwonić w miejsce, które nas interesuje i pójść na rozmowę

  3. Korzystanie ze stron rządowych takich jak HARVEST TRAIL https://jobsearch.gov.au/job/search/harvest – minimalizuje szanse na to, że ktoś Was oszuka i pracy wcale nie będzie bądź praca będzie, gorzej z pensją 

  4. Jeżeli chodzi o zarobki to pracodawca może płacić ustaloną wcześniej stawkę za godzinę bądź za zebraną liczbę owoców. Prawie zawsze pierwsza opcja jest lepsza, ponieważ rzadko kiedy jesteś w stanie zebrać taką ilość owoców, aby przewyższyć stawkę godzinową

  5. Zawsze należy poszukać opinii w internecie o danej farmie czy chociażby mieście, bo zajmuje to chwilę, a często pozwala uniknąć sporych problemów i wydatków, np. miejscowość MILDURA to jedna z tych, których należy unikać i o których krąży wiele złych opowieści w internecie

IMG_5164

Zobacz post Fruit picking, czyli australijskie nektarynki same się nie zbiorą na blogu autora
Udostępnij

O autorze

Jesteśmy parą lekarzy weterynarii, która nie może usiedzieć w miejscu, a po tym jak się poznaliśmy jeszcze dodatkowo połączyliśmy siły i zaczęliśmy wspólnie marzyć. Dzięki temu w ciągu 1,5 roku byliśmy już w Londynie, Nowym Jorku, Pradze, Monachium, Nowej Zelandii, Maroko i na Cyprze. Teraz ruszamy w podróż, o której myśleliśmy i marzyliśmy wspólnie od dawna. Australia - kraj dziki, niebezpieczny, mało poznany. Ale właśnie to lubimy. Miejsca nieturystyczne, w których możemy oderwać się od codziennego pędu, niedoczasu i żyć, myśleć, zwiedzać, odkrywać, poznawać nowych ludzi, marzyć i planować dalsze wyprawy. Postanowiliśmy założyć tego bloga z myślą o rodzinie i przyjaciołach, ale także o osobach, które kochają podróże. Ruszamy na podbój Australii i okolic i przeznaczamy na to rok! Zobaczcie sami, gdzie nas wywiało!