Francesinha Vegetariana: Porto bez mięsa

Dorsz na sto sposobów, kurczak z ryżem duszony we własnej krwi i, oczywiście, królowa kanapek francesinha – Portugalia oferuje mięsożercom nieskończone wręcz możliwości napełnienia żołądków różnego rodzaju zwierzętami. Niektóre rzeczy lekko mnie przerażają, jak wspomniana już monstrualna kanapka z kilkoma rodzajami mięsa. Innych jestem bardzo ciekawa, na przykład sardynek z grilla, którymi podobno raczą się tu wszyscy latem. Ale czy można zjeść w Porto smacznie i bezmięsnie?

Postanowiliśmy z Michałem wypróbować kilka wegetariańskich opcji. Za źródło inspiracji posłużył Internet, bo mimo wielości lokali gastronomicznych ciężko było „przypadkowo” trafić do wegeknajpki. Trzeba było się trochę wysilić, ale znaleźliśmy kilka miejsc, do których z przyjemnością będziemy wracać.
Ukryta w podziemiach starej kamienicy, Casa da Horta serwuje codziennie od 20:00 pyszne obiady. Menu codziennie się zmienia. Można wybierać między dwoma daniami dnia i dołożyć do tego zupę, a jeśli ma się jeszcze miejsce, warto zastanowić się nad jednym z deserów dnia. Ceny są bajecznie niskie: zupa kosztuje 1,20€, za danie dnia płaci się 4-6€. Kieliszek wina: 80 centów! Wskazówka dla niejadków: można zamówić pół porcji i zapłacić jeszcze mniej. Oprócz tego Casa da Horta to kulturalna instytucja, organizująca konwersacje w kilku językach, warsztaty poświęcone ekologii (ostatnio na przykład o pszczelarstwie miejskim), udostępnia swoje ściany młodym artystom i wypożycza książki.

Duas de Letra równie dobrze mogłoby się znajdować na berlińskim Kreuzbergu albo w budapesztańskim Dystrykcie VII – ma ten specyficzny uniwersalny charakter modnej knajpki w wielkim mieście, ale bez niepotrzebnego zadęcia. Ceny są przystępne, codziennie można dostać menu dnia za 6€. Składa się na nie zupa, drugie danie (do wyboru zwykle coś z rybą i coś bez), chleb i napój. Nie zmieścił nam się już ostatnio deser, ale ciasta na kontuarze prezentowały się całkiem obiecująco.

Black Mamba – mały wyjątek na liście, bo tutaj trafiliśmy przypadkiem. Jeszcze bezdomni, pewnego deszczowego dnia snuliśmy się po ulicach Baixy. Tam natknęliśmy się na czarna mambę: wegańską hamburgerownię i sklep z winylami w jednym. O ile winyle akurat średnio nas kręciły, bo nie trafiały swoim hardkorowo-strejtedżowym profilem w nasze gusta, to hamburgery powitaliśmy z uśmiechem na twarzy. Ja dość klasycznie nie dałam rady zjeść wszystkiego – w zestawie z wielkim wegeburgerem były jeszcze domowej roboty fryty i napój, wszystko w sumie za 7,5€.

Ze znalezieniem O Oriente no Porto mieliśmy mały problem. Nie wiedzieliśmy, jak wygląda knajpka, bo Michał znalazł ją w sieci. W labiryncie małych uliczek trafiliśmy wreszcie pod wskazany adres, ale miejsce na pierwszy rzut oka nie wyglądało jak restauracja – jak się okazało, na piętrze działa sklep z indyjskimi (i nie tylko) gadżetami i kosmetykami, a jedzenie serwuje się w sali na dole. Na tyłach budynku zamajaczył nam jeszcze zarys tarasu, ale było za zimno i ciemno na tego typu atrakcje, więc rozsiedliśmy się we wnętrzu. Bardzo miła pani od razu wstawiła dla nas dzbanek aromatycznej herbaty (za która nie policzono nam ani centa). Zasugerowała nam wegetariańską francesinhę – z ciekawości przystaliśmy na propozycję. 20 minut później na stole wylądowały pyszne, domowe fryteczki i zatopiona w ciemnopomarańczowym sosie kanapka. Zamiast mięsa między kromki tostowego chleba pani wetknęła dwa rodzaje tofu, wszystko to przykrywał przytopiony żółty ser. Po zjedzeniu tego specjału (Michał dał radę dokończyć, ja się poddałam) bardziej się toczyliśmy niż szliśmy do domu… Jeśli czegoś w O Oriente brakowało, to bardziej wyrazistego wystroju.

Mam nadzieję, że to nie ostatni wpis o wegemiejscach, jak na razie żadne z nich nas nie rozczarowało. I ciągle zjedzenie wegetariańskiej francesinhii wydaje mi się lepszą opcją niż tej wypchanej mięsem…

Zobacz post Francesinha Vegetariana: Porto bez mięsa na blogu autora
Udostępnij

O autorze

Poznaliśmy się w Krakowie pewnego letniego wieczoru. Pewnego zimowego poranka zapakowaliśmy swój dobytek do skody i ruszyliśmy na kraniec Europy, zamieszkać w Porto. Od tej pory odkrywamy wspólnie uroki życia w Portugalii – kraju słońca i wina. Każde po swojemu: Karolina opisuje, Michał pokazuje.