Dolina Bartang, czyli anatomia rowerowej podróży – część 2

Przygoda musi człowiekiem wstrząsnąć. Wytarmosić, utytłać, przetrącić, wyrzucić z utartych kolein. Fizycznie i psychicznie. Mój przepis na idealną przygodę to pulpa, zupa do której wrzuca się tuzin składników, nie zawsze wiedząc jaki będzie finalny efekt. I Bartang w całej swej złożoności był właśnie pulpą, był przygodą odmierzoną w idealnych proporcjach.

Na początku, rzecz jasna, musi się coś zepsuć. Zawiodła radziecka maszynka do gotowania nabyta na bazarze w Osh. Prosta, rzekomo nieśmiertelna konstrukcja działała w himeryczny, sobie znany sposób. Raz pluła słupem ognia, innym razem – mimo pełnego baniaka paliwa – nie puszczała nawet kropelki. Rozgrzewała się, gasła, zaraz znowu wystrzeliwała pochodnią i tak w nieskończoność. Ostatecznie wytrysnęła z dyszy paliwem, zakopciła po odpaleniu, wyszumiała ciśnienie, znowu zapłonęła i… padła. Pierwszej nocy w Dolinie Bartang zadowoliliśmy się suchym prowiantem, słodyczami i kiełbasą.

Zobacz post Dolina Bartang, czyli anatomia rowerowej podróży – część 2 na blogu autora
Udostępnij

O autorze