Czerwone Pończochy

Nad ranem śniłem o  wolno spadającym płatku śniegu, suchym i sypkim jak te małe kulki styropianu, co tak wszystkich wkurwiają, gdy zawiewa od bawiącego się w remont sąsiada. W moim śnie, śnieg spadał tak, jakby mu się nie chciało, jakby nie wyrażał zgody na to, że jest pierwszy, że stopnieje albo zostanie przykryty przez ziomali, którzy później zdecydowali się ruszyć po jedynej, słusznej dla śniegu drodze – w dół. Obudziły mnie kruki i wiatr, tłukący w szybę silnymi podmuchami. Ptaki stały w miejscu, próbując szybować, biły się z wichrem o przestrzeń. Wyjrzałem za okno, gdzie znajdował się śnieg z mojego snu, śpiący już na kamieniach, gęsto rozsianych za domem. Szczyty od dawna są białe i z dnia na dzień pokryte coraz szczelniej płaszczem, który zniknie być może na początku kwietnia. Wtedy góry obudzą się na nowo, trawa zacznie zielenieć i wypłowiałe jesienne kolory znikną jak wszystko. Demon Maxwella zawsze musi się w końcu poddać.

Czytaj całość

Zobacz post Czerwone Pończochy na blogu autora
Udostępnij

O autorze