Ani słowa o Porto!

Spacerowanie ulicami Porto.

Temat Porto powinienem omijać szerokim łukiem. Jestem nieodwracalnie zachwycony tym miastem, jak i zresztą całą Portugalią, więc nawet nie mam złudzeń, że potrafię zachować wobec nich choćby pozory obiektywizmu. Powstrzymywanie się od gadulstwa nie idzie mi jednak najlepiej, a ręce świerzbią, ilekroć zabronię im dostępu do klawiatury. Trudno, niech się dzieje, co chce.

Mimo listopadowej pory zrzucam z siebie ciepłą kurtkę i czapkę, bez których w Niemczech nie wyściubiłbym już nosa z domu. Grube odzienie zyskało status zbędnego balastu tuż po wyjściu z samolotu, więc wraz z bagażami wędruje teraz do skrytki na dworcu. Drzwiczki zamykają się z łoskotem, wrzucam drobne do automatu, odbieram kwitek i wiem już, że zwiedzanie zaczyna się dokładnie w chwili, gdy obracam się na pięcie. Nie muszę nigdzie iść, bo już hala dworca São Bento zachwyca imponującymi azulejos (wym. ażulejosz). To charakterystyczne portugalskie płytki ceramiczne z niebieskimi zdobieniami układającymi się w ludowe wzory, a niekiedy wręcz ogromne malowidła. Najpiękniejsze azulejos zdobią fasady kościołów, urzędów i zabytkowych kamienic, choć nie brakuje ich nawet na ścianach znacznie młodszych domków jednorodzinnych na przedmieściach.

Spacerowanie ulicami Porto potrafi solidnie dać w kość. W centralnej części miasta próżno szukać równin. W wielu miejscach chodniki południowoeuropejskim zwyczajem zastąpiono schodami, po których nawet wiekowi Portugalczycy poruszają się z imponującą werwą. Wielu z nich woli jednak przysiąść gdzieś w kącie i oddać się obserwacji przechodniów.

Mijam ostatnią z rzędu kamienic, by spostrzec, że znajduję się na szczycie wzgórza. Z tarasu widokowego nieopodal katedry roztacza się widok na miasto pełne kontrastów. Liczne budynki o zachwycających fasadach ostatkiem sił maskują ślady wieloletnich zaniedbań. Sklepy cieszące oko artystycznie zagospodarowanymi wystawami skrywają nierzadko podupadające choć wysmakowane wnętrza. Całość buduje obraz zawieszenia między przemijającą z wolna biedą a rodzącym się nieśmiało dobrobytem…

 

Zobacz post Ani słowa o Porto! na blogu autora
Udostępnij

O autorze

Pisanie zazwyczaj przychodzi mi łatwiej niż mówienie, dlatego powstanie "Europa Bistro" było naturalną konsekwencją tego faktu. Moją odwieczną przypadłością jest chroniczna nieumiejętność przebywania zbyt długo w jednym miejscu. Jeśli co najmniej raz na kilka tygodni choć na moment nie zmienię widoku za oknem, "dostaję wysypki". Sądzę, że stoi za tym jakiś quasi-narkotyczny głód – nowych miejsc, nowych ludzi i nowych wrażeń.