Amsterdamskie miniatury

Przedstawiam cztery krótkie historie z Amsterdamem w tle. Nie wszystkie są z nim ściśle związane, ale w moich wspomnieniach pozostaną już chyba nierozerwalne z tym właśnie miastem. Kto nie ma ochoty czytać, może od razu przewinąć stronę do części ze zdjęciami.

O mały włos

Jest późny wieczór. Dobiega końca mój pierwszy dzień w Amsterdamie. Mam dość zgrubne wyobrażenie na temat tego, w jakiej części miasta aktualnie się znajduję. Jedyne, co wiem na pewno, to że najbliższy przystanek jest jakieś dwieście metrów stąd i że autobus linii 48, którym mam wrócić do hotelu, kursuje o tej porze dość rzadko, o ile jeszcze w ogóle. Gdy odwracam głowę, spostrzegam, że właśnie się zbliża, więc nie czekając ani chwili, rzucam się biegiem przed siebie. Muszę jeszcze tylko pokonać most, potem jakieś sto metrów chodnika i już będę na miejscu. Może się uda, może zdążę nim odjedzie z przystanku. Będąc mniej więcej w połowie mostu, słyszę dźwięk jego silnika tuż za moimi plecami. Raczej nie mam już szans, ale wolę się nie poddawać. Wtem spostrzegam, że kierowca hamuje, po czym zatrzymuje się na moście tuż przede mną i otwiera drzwi, wołając: „Wskakuj, po co masz dalej biec?” Nie przeszkadza mu wcale, że oddziela nas niewielka barierka zabezpieczająca. Pełen wdzięczności przechodzę nad nią i wsiadam do autobusu. Udało się.

Innym razem obserwuję, jak z podobnymi przejawami uprzejmości spotyka się para, która o mały włos przegapiłaby odjazd metra i chłopak, któremu rakieta tenisowa wytrącona z plecaka wpada wprost pod nadjeżdżający autobus. Tak, wiem, że to tylko trzy jednostkowe przypadki, których w żadnym razie nie należy uogólniać, ale mnie tam i tak się tu podoba.
Zobacz post Amsterdamskie miniatury na blogu autora
Udostępnij

O autorze

Pisanie zazwyczaj przychodzi mi łatwiej niż mówienie, dlatego powstanie "Europa Bistro" było naturalną konsekwencją tego faktu. Moją odwieczną przypadłością jest chroniczna nieumiejętność przebywania zbyt długo w jednym miejscu. Jeśli co najmniej raz na kilka tygodni choć na moment nie zmienię widoku za oknem, "dostaję wysypki". Sądzę, że stoi za tym jakiś quasi-narkotyczny głód – nowych miejsc, nowych ludzi i nowych wrażeń.