Am I sterdam?

Łatwo jest powiedzieć „Lubię Amsterdam!”, bo to nic nas nie kosztuje i nikogo specjalnie nie zdziwi. Miasto to można zresztą lubić na co najmniej kilka sposobów – „od pierwszego zetknięcia” tak jak lubi się szarlotkę lub poobiednie espresso; „od zachłyśnięcia wolnością” jak student pierwszego roku, któremu wreszcie nikt nie mówi, kiedy ma wrócić do domu; „od wybałuszania oczu”, podziwiając wystawy sklepowe obfitujące we wszystko co artystyczne, unikatowe, oldschoolowe lub hipsterskie;i tak dalej, i tak dalej… Jeśli więc i Ty lubisz już Amsterdam, to odważ się pójść dalej. Zadaj sobie pytanie: Czy ja tu pasuję?

Niektórzy Holendrzy śmieją się, że dla turystów Amsterdam kończy się tam, gdzie nie da się w miarę szybko dotrzeć piechotą, startując z dworca centralnego. Wystarczy zresztą rzucić okiem na plan miasta, by przyznać im rację. W istocie, najbardziej znane i najchętniej uwieczniane na zdjęciach obiekty niemal idealnie wpasowują się w te ramy. Dla miejscowych z kolei miasto kończy się ponoć tam, gdzie przeciętny mieszkaniec nie jest już w stanie dojechać rowerem. Gdy zaś porozmawiać ze studentami, szybko okazuje się, że z ich perspektywy praktycznie cała Holandia jest w zasięgu ręki. Wszystko to za sprawą darmowych przejazdów koleją, które gwarantuje im państwo. Przeprowadzki do miast uniwersyteckich należą więc do rzadkości, szczególnie że ceny wynajmu mieszkań (zwłaszcza w Amsterdamie) są horendalnie wysokie. Mam zresztą informacje z pierwszej ręki dzięki temu, że dziś rano uciąłem sobie miłą pogawędkę z magistrantem, który mieszka w Rotterdamie, pracuje w Amsterdamie, a studiuje w Delft. Twierdzi zresztą, że funkcjonowanie w takim trybie nikogo tutaj nie zaskakuje. W gruncie rzeczy, dokądkolwiek wybierzesz się z samego rana, i tak zdołasz wrócić do domu na kolację. Ot, zaleta mieszkania w małym kraju.

Zobacz post Am I sterdam? na blogu autora
Udostępnij

O autorze

Pisanie zazwyczaj przychodzi mi łatwiej niż mówienie, dlatego powstanie "Europa Bistro" było naturalną konsekwencją tego faktu. Moją odwieczną przypadłością jest chroniczna nieumiejętność przebywania zbyt długo w jednym miejscu. Jeśli co najmniej raz na kilka tygodni choć na moment nie zmienię widoku za oknem, "dostaję wysypki". Sądzę, że stoi za tym jakiś quasi-narkotyczny głód – nowych miejsc, nowych ludzi i nowych wrażeń.