Algarve: słoneczny raj po sezonie

Pięć dni, dziewięć miejscowości, dwa dni trekkingu, zastępy Brytyjczyków i Niemców – tak w skrócie można opisać naszą wycieczkę w południowe rejony Portugalii, czyli do Algarve. Miejsca, w którym sąsiadują ze sobą skrajna bieda i szczyty luksusu.

Do Algarve jedzie się na wakacje. Region słynie z pysznych owoców morza, pięknych plaż, poukrywanych między widowiskowymi klifami, i ze słonecznej pogody, która praktycznie przez cały rok pozwala cieszyć się urokami nadmorskich kurortów. Niektóre z miasteczek wręcz zamienione zostały w jeden wielki hotel, a na ich ulicach słychać częściej obce języki niż portugalski. Algarve jest jednak także pełne miejsc sprawiających wrażenie zupełnie zapomnianych przez resztę świata, powoli płowiejących z map w upalnym słońcu. Niezależnie od osad i miast, południe Portugalii to przepiękna przyroda i ujmujące krajobrazy. A że wybraliśmy się tam już poza szczytowym momentem sezonu, bo na początku października, wiele urokliwych zakątków mieliśmy praktycznie dla siebie.

Loulé

Po całej nocy spędzonej w autokarze z Porto do Algarve, wysiedliśmy wymięci i zaspani w Loulé. Jak na sobotni poranek, miasteczko wydało się nam dość ożywione: w centrum zaczęli się już wystawiać sprzedawcy rękodzieła i pamiątek, turyści też już wstali i zaczęli dreptać wzdłuż głównej alei. Zjedliśmy śniadanie otoczeni Holendrami, obserwując mijające nas grupki Niemców i Anglików. Sobota to dzień targowy – oprócz stoisk w centrum, na obrzeżach miasta odbywa się tego dnia “cygański” targ, który jednak mocno nas rozczarował. Tanioszka z Chin i Indianin z okropnymi piszczałkami, szkoda czasu. Dużo bardziej podobało nam się w centralnie położonym Mercado z targiem rybnym.

Na obrzeżach znaleźliśmy inną perełkę – Palacio Fonte da Pipa, piękna, dziś opuszczona rezydencja z przełomu XIX i XX wieku. O dziwo – udało nam się wejść do niej bez problemu. Da się tu jeszcze wyczuć dawny przepych i luksus, chociaż przez wybite okna dochodzą odgłosy pasących się w pobliżu kóz.

Faro

Z Loulé ruszyliśmy do Faro, znanego za granicą przede wszystkim z międzynarodowego lotniska. Szybko poszło nam zwiedzanie mikroskopijnego starego miasta. Przechodząc wzdłuż wybrzeża, załapaliśmy się na mały samolotowy spotting. Według jednego z przewodników, mieszkańcy Faro skarżą się, że nie czerpią zbytnich korzyści z huczących nad miastem samolotów, bo turyści już z lotniska zgarniani są przez specjalne busy i rozwożeni po hotelach w innych miejscowościach. Muszę przyznać, że po spacerze wzdłuż linii kolejowej i przez saliny nasz obraz Faro nie był najlepszy – wszystko jakby opuszczone, zaśmiecone i lekko fawelowate. Tylko dwa wychudłe konie przyglądały nam się z wyraźnym zaciekawieniem.

Zobacz post Algarve: słoneczny raj po sezonie na blogu autora
Udostępnij

O autorze

Poznaliśmy się w Krakowie pewnego letniego wieczoru. Pewnego zimowego poranka zapakowaliśmy swój dobytek do skody i ruszyliśmy na kraniec Europy, zamieszkać w Porto. Od tej pory odkrywamy wspólnie uroki życia w Portugalii – kraju słońca i wina. Każde po swojemu: Karolina opisuje, Michał pokazuje.