Adriatyk pod powiekami

Kałuże na Piazza San Marco przypominają przechodniom, że ostatniej nocy wysoka woda po raz kolejny zagarnęła cały plac dla siebie. Tego ranka kałuż jest chyba więcej niż ludzi, dlatego mimowolnie zwalniam kroku, by nacieszyć oczy widokiem opustoszałego miasta. Nogi tymczasem same prowadzą mnie w stronę najbliższego przystanku tramwaju wodnego czyli vaporetto. W duchu gratuluję sobie pomysłu przećwiczenia trasy poprzedniego dnia. Gdyby nie to, najpewniej błądziłbym teraz w labiryncie weneckich ulic.

Przystankowa poczekalnia buja się w rytmie morskich fal, kierując moje myśli w stronę nieuchronnego pytania: Czy zjedzenie obfitego śniadania faktycznie było dobrym pomysłem? Dodam, że tam, dokąd zmierzam, nie prowadzi żaden most, więc od odpowiedzi nijak się nie wykpię. Co więcej, czas jest bliski. Nadciąga vaporetto.

Prawa noga, lewa noga i jestem na pokładzie. Tramwajem istotnie nieco huśta, ale doznania są raczej z kategorii tych przyjemnych, więc kamień z serca. Żołądek melduje, że wszystko jest pod kontrolą, a głowa może skupić się na rozkoszowaniu podróżą. Czasu mam dość, bo łajba do najszybszych nie należy. Dobicie do kolejnego przystanku pochłania jej prawie dziesięć minut. W tym momencie łączę się w bólu z tymi, którzy wybrali tramwaj wodny jako środek transportu do oddalonego o dobrych parę kilometrów lotniska. Za dwukrotnie wyższą cenę mają co najmniej tyleżkrotnie dłuższą podróż niż jazda autobusem.

Nieco przemarznięty schodzę do dolnej kabiny vaporetto, by skryć się przed porywistym wiatrem. Pomieszczenie jest już niemal pełne. Kilkoro pasażerów siedzi z nosami zatopionymi w smartfonach. Pozostali czytają lokalne gazety albo wpatrują się w ścianę. Na oko widać, że jestem jedynym turystą na pokładzie. Żadnych rozmów w obcych językach, żadnych obiektywów skierowanych w stronę okien, a do tego atmosfera raczej senna. O tej porze królują miejscowi. Kolejny rzadki widok w mieście, które każdego dnia odwiedzają tysiące gości z całego świata. Najwyraźniej szczęście mi dziś dopisuje…

Zobacz post Adriatyk pod powiekami na blogu autora
Udostępnij

O autorze

Pisanie zazwyczaj przychodzi mi łatwiej niż mówienie, dlatego powstanie "Europa Bistro" było naturalną konsekwencją tego faktu. Moją odwieczną przypadłością jest chroniczna nieumiejętność przebywania zbyt długo w jednym miejscu. Jeśli co najmniej raz na kilka tygodni choć na moment nie zmienię widoku za oknem, "dostaję wysypki". Sądzę, że stoi za tym jakiś quasi-narkotyczny głód – nowych miejsc, nowych ludzi i nowych wrażeń.