A Vida Portuguesa

Po powrocie z pierwszej wyprawy do Porto czułem się, jakbym zjadł wszystkie rozumy. Odwiedzenie miasta, które przedtem kojarzyło mi się chyba tylko z charakterystycznym „fusiastym” winem deserowym tak bardzo rozświetliło wówczas mroki mojej ignorancji, że w wyobraźni przyznałem już sobie niemal tytuł doświadczonego badacza wielowiekowej portugalskiej kultury.
Tej wiosny jestem w Porto po raz trzeci i czuję, że nie wiem o tym mieście prawie nic. Zaskakuje mnie nawet deszcz, który niemalże nieprzerwanie kapie mi na głowę już od czterech dni. Wyobrażenie o skąpanej w słońcu Portugalii, które pielęgnowałem przez ostatnie dwa miesiące niecierpliwego odliczania do wyjazdu, zmuszony byłem włożyć między bajki. Z poprzednich wypraw zapamiętałem feerie barw, które tym razem nikną gdzieś niepostrzeżenie w strugach deszczu i porywistym wietrze odczuwalnym ilekroć wdrapię się na któreś ze wzniesień. Jakby tego było mało, co chwilę natykam się na zapuszczone, walące się rudery przypominające o ciężkich czasach wcale nie tak dawnej portugalskiej biedy. Nawet nowe osiedla położone nad oceanem wydają się wyrastać z ziemi bez ładu i składu, jakby jakiś szalony architekt miejski wpadł na chory plan pozwalania wszystkim na wszystko albo najzwyczajniej w świecie porzucił któregoś dnia swoje służbowe obowiązki.
Chyba znów padam ofiarą syndromu kolejnej wycieczki w to samo miejsce. Gdy spadają z oczu różowe okulary, a wyobrażenia nie są w stanie sprostać rzeczywistości, za rogiem czai się rozczarowanie. Przebiega mi przez myśl, że Porto w obecnej aurze jest czarno-białe. Chwytam za aparat fotograficzny i zaczynam pstrykać zdjęcia, które chciałbym utrwalic w wersji monochromatycznej. Nawet nie spostrzegam, kiedy zajęcie to wciąga mnie na całego. Nie miałem pojęcia, że taka niewielka zmiana sprawi, że szaro-bure miasto w mgnieniu oka nabierze takiego mnóstwa uroku. Prawdę powiedziawszy, gdyby nie ten deszcz, pewnie w ogóle nie przyszłoby mi do głowy, by w tej części Europy przełączyć się na tryb black&white…
Nim zapadnie zmrok, popijam już lampkę wyśmienitego Douro, siedząc w przemoczonych butach, za to z pełną kartą pamięci w aparacie. I znów szkoda mi będzie wyjeżdżać.
Zobacz post A Vida Portuguesa na blogu autora
Udostępnij

O autorze

Pisanie zazwyczaj przychodzi mi łatwiej niż mówienie, dlatego powstanie "Europa Bistro" było naturalną konsekwencją tego faktu. Moją odwieczną przypadłością jest chroniczna nieumiejętność przebywania zbyt długo w jednym miejscu. Jeśli co najmniej raz na kilka tygodni choć na moment nie zmienię widoku za oknem, "dostaję wysypki". Sądzę, że stoi za tym jakiś quasi-narkotyczny głód – nowych miejsc, nowych ludzi i nowych wrażeń.