Mauritius – tego nie było w planie

Kiedy szukasz czegoś wyjątkowego, a czas nie stoi po Twojej stronie – pomocny okazuje się plan. Przekopujesz pół sieci i wypisujesz co ciekawsze kąski – bo to krótki wyjazd… Trochę chciałbyś zostawić przypadkowi, ale z drugiej strony –  żal by nie zobaczyć tych wszystkich miejscówek, które od miesiąca machały do Ciebie z linków sponsorowanych na „fejsbuku”… Zwłaszcza będąc na takiej wyspie, jak Mauritius…

Sporo się teraz pozmieniało – jak przypomnę sobie w jaki sposób nawigowaliśmy, poruszając się po krajach Afryki Zachodniej to niezły szok, ile ułatwień pojawiło się w ciągu ostatnich kilku latek. Ładujesz sobie teraz googlowskie mapy do jednej z aplikacji (naszym hitem jest maps.me) i w trybie offline (wykorzystując GPS) – odnajdujesz wszystko czego dusza i oko pragnie… No prawie… I to skubane „prawie” właśnie u nas zrobiło swoje…

Przewodnik i jakieś tam notatki co i kiedy – na kolanach. Wpisujemy nazwę do apki i elegancko – nawet koordynat GPSowych znać nie trzeba. A, że kilka tych z listy proponowanej wygląda całkiem podobnie? To bankowo chodzi o to samo…

Wyobraźcie sobie tylko nasze miny, jak na miejscu (albo jeszcze lepiej – po fakcie), okazywało się jakie wpadki zaliczaliśmy. Mistrzowska organizacja u nas jak zwykle zrobiła swoje ??? Dzięki tym pomyłkom (ale umówmy się – jeśli dotrzecie w te miejsca – nie wymawiajcie tego słowa na głos^^) – sporo zyskaliśmy. Trafiły nam się ciekawe znaleziska spoza przewodnika albo takie, na które nawet nie zwrócilibyśmy uwagi i musielibyśmy siedzieć na miejscu zdecydowanie dłużej, żeby je odkryć. Poza tym –  co to była by za nuda – bez osławionego „elementu zaskoczenia”.

A teraz pośmiejcie się razem z nami – z naszych nawigacyjnych potknięć:

 

  1. LA VALLEE DES COULEURS – zdecydowany TOP1 w tej kategorii ever (i nawet zmęczenie po całym dniu jazdy i walki z urywanymi lusterkami wcale nie tłumaczy sytuacji). Nawigacja jak byk pokazywała, że do celu – w tym wypadku słynnej Ziemi 7miu Kolorów, było jak nic z 20 kilometrów. Ale wiadomo – kto by ufał w takim miejscu _narzędziu_szatana_. Jedziemy krętą jak jelito długie drogą a tu szyld z dziesięciu desek i 5ciu (coś mało) kolorów… z napisem „DOLINA KOLORÓW” (czy jakoś tak). No cholera – to przecież tu! Smok po hamulcu (z czterdziestu na godzinę wyhamować nie było łatwo) i szybki skręt w prawo. Jest jakiś parking, jest sklepik i restauracja, są wymalowane białą farbą olejną strzałki. Idziemy więc ścieżką z czerwonej ziemi i docieramy do takich jak na załączonych obrazkach formacji ziemnych. Wygląda to nieźle – w samolocie oglądaliśmy „Marsjanina” i… w sumie to widoki jak z filmu ;). Robiliśmy zdjęcia, próbowaliśmy kadrować i tak i siak… Tylko coś nam nie pasowało. Jakoś na tych zdjęciach z Internetu (zwłaszcza pokazywanych przez znajomych, co byli ostatnio) trochę to inaczej wyglądało. Może to kwestia światła czy coś?Śmialiśmy się jak dzieci, kiedy finalnie trafiliśmy w to „właściwe” miejsce. Przypomniała mi się wtedy pewna scena w dzieciństwa – ósma klasa podstawówki (kiedyś tyle było^^). Autokar zbliża się do Barcelony, a nasz przewodnik krzyczy: „To tu!! Róbcie szybko zdjęcia! Po lewej macie najbardziej spektakularną na świecie katedrę (…)” I tym sposobem mam największą ilość zdjęć (wywołanych rzecz jasna z negatywów) – elektrowni w Barcelonie…Ta niewinna pomyłka za to trafia na naszą listę bardzo miłych zaskoczeń. Miejsce może spodobać się szczególnie poszukiwaczom adrenaliny  –  między wzgórzami działa tutaj niesamowicie długa tyrolka! Wracając widzieliśmy jak goście w najróżniejszych pozycjach fruwali nam nad głowami. Można tutaj także zjeździć okolice na quadzie – jeśli tylko znajdziecie chwilę – wpiszcie Dolinę Kolorów na swoją listę…

    LA VALLEE DES COULEURSLA VALLEE DES COULEURS

>> DALSZA CZĘŚĆ TEKSTU NA NASZEJ STRONIE >>

Zobacz post Mauritius – tego nie było w planie na blogu autora
Udostępnij

O autorze